Publicystyka
Antysocjalistycznego Mazowsza
| Wojskowe umarzalnie - artykuł Tadusza M. Płużańskiego Wysłane środa, 3, marca 2004 przez Krzysztof Pawlak |
25 maja 1953 r. Edmund Z., jako przewodniczący składu Wojskowego Sądu Rejonowego w Szczecinie, skazał AK-owca na 12 lat więzienia. Dowody winy spreparowano. Teraz Garnizonowy Sąd Wojskowy w Poznaniu zawiesił na czas nieokreślony proces stalinowca. Podobnie postępują inne wojskowe sądy w kraju. Czy nie są przeżytkiem komunistycznego systemu działania i myślenia?Przesłuchany przez prokuratora IPN Edmund Z. powiedział, że "częściowo przyznaje się do winy", gdyż nie potrafił samodzielnie ocenić winy oskarżonego, a wyrok wydał pod presją przełożonych. Nic dziwnego - Edmund Z. nie miał przygotowania prawniczego. Był kolejarzem, który skończył jedynie dziewięciomiesięczne przeszkolenie. Tym bardziej był dypozycyjny
CAŁKOWITA DOWOLNOŚĆ11 września 2003 r. poznański prokurator IPN skierował akt oskarżenia przeciwko Edmundowi Z. do Wojskowego Sądu Garnizonowego w Szczecinie (tu oskarżony popełnił przestępstwo). Sprawę przeniesiono jednak do sądu tej samej instancji w Poznaniu (tu oskarżony mieszka). Sąd mieści się w okazałym budynku przy ul.. Solnej i zwany jest umarzalnią. Byłemu stalinowskiemu sędziemu zarzucono, że skazując AK- owca Henryka Jastrzębskiego przekroczył swoje uprawnienia. Orzekał "wbrew zebranym w sprawie dowodom i dopuścił się całkowitej oczywistej dowolności w ocenie prawnej postępowania oskarżonego". Delegata rządu uznał winnym przestępstwa, którego ten nie popełnił. - Działając w zamiarze długotrwałego pozbawienia wolności Jastrzębskiego Edmund Z. wymierzył mu karę 12 lat więzienia. Miało to charakter represji politycznej za jego działalność w okresie wojny i przynależność do AK - mówił prokurator Józef Krenz z IPN.
TAJEMNICA W MIĘSIEKim był Henryk Jastrzębski. W 1993 r. pełnił funkcję delegata rządu RP na uchodźstwie na okręg białostocki. W 1945 r. w Warszawie aresztowała go bezpieka, ale w drodze na Białostocczyznę uciekł z konwoju. Przez następne dwa lata ukrywał się pod zmienionym nazwiskiem. Podczas amnestii ujawnił się i zamieszkał w Szczecinie. Na wolności pozostawał jeszcze trzy lata, kiedy przyszli po niego smutni panowie. Zarzut: naruszenie tajemnicy państwowej. Znalezione u Jastrzębskiego dokumenty miały zawierać "informacje istotne ze względu na obronę Państwa", w istocie były to papiery z okresu, kiedy był... inspektorem Rolniczej Centrali Mięsnej we Wrocławiu. Wyrok czterech lat więzienia został jednak uchylony, a sprawa trafiła do ponownego rozpoznania. Przy drugim procesowym podejściu bezpieka lepiej się przygotowała - skazała Jastrzębskiego na 12 lat za szpiegostwo.
Sąd Najwyższy zmienił jednak kwalifikację "prawną" czynu inspektora (znów naruszenie tajemnicy państwowej) i zmniejszył mu karę do 7 lat. Po wyjściu na wolność ubecy wzywali go na wielogodzinne "rozmowy". Henryk Jastrzębski zmarł w 1969 r.
Edmund Z. ze Szczecina przeniósł się do Poznania. Dyspozycyjny sędzia został tzw. zwyczajnym obywatelem. Przez kilkadziesiąt lat miał spokój.
SĘDZIA W STRESIEProces przeciwko Edmundowi Z. miał się rozpocząć w październiku ub. r., jednak dzień przed rozprawą termin niespodziewanie spadł z wokandy. Miesiąc później, w listopadzie, sprawa co prawda odbyła się, ale trwała zaledwie 20 minut. Powód? Były sędzia był chory, miał "zakłóconą zdolność percepcji".
- Nie wiem, jak będzie reagował w trakcie rozprawy - argumentował obrońca.
Prokurator Dariusz Wituszko ze szczecińskiego IPN stwierdził, że takie same zaświadczenia lekarskie Edmund Z. przedstawiał w trakcie śledztwa i dotyczą one nie stanu psychofizycznego oskarżonego, ale... przebytej przez niego choroby oczu.
- Uznaliśmy wówczas, że w żaden sposób nie utrudnia to prowadzenia postępowania. Edmund Z. wiedział w jakiej sprawie jest przesłuchiwany, składał spójne wyjaśnienia, w sądzie też wszystko dobrze kojarzył - mówił Wituszko.
Sąd był jednak odporny na argumenty oskarżenia. Na wniosek obrony skierował byłego sędziego na badania psychiatryczne.
Kolejna rozprawa, w grudniu ub. r., też trwała niespełna pół godziny. Sędziowie zawiesili postępowanie na czas nieokreślony. Zgodnie z przewidywaniami obrony podstawą okazały się badania lekarskie. Wykazały one, że Edmund Z. jest "otępiały", ma kłopoty z koncentracją, ciśnieniem i "niepełnym samokrytycyzmem" i nie jest w stanie kontrolować swoich emocji. Z tego powodu rozprawy mogły być dla niego zbyt stresujące. Prokurator Wituszko odwołał się od tej decyzji do sądu wyższej instancji.
Z POLA DO CELI28 grudnia 1948 r. rozprawie przed WSR w Szczecinie przewodniczył inny sędzia - Tadeusz N. Franciszka M. skazał na dwa lata i sześć miesięcy pozbawienia wolności. IPN przedstawił mu takie same zarzuty jak Edmundowi Z. Akt oskarżenia wpłynął do tego samego Wojskowego Sądu Garnizonowego w Szczecinie 30 października 2003 r.
Szczeciński sąd nie zawiesił co prawda procesu (tak jak zrobił to jego poznański odpowiednik w przypadku Edmunda Z.), ale wydał decyzję o podobnych konsekwencjach. Po prostu... odmówił rozpatrywania sprawy. Powód? Oskarżony jest wiekowy, w związku z tym musi być chory, a co za tym idzie nie może przyjeżdżać na rozprawy do Szczecina.
Szczecińscy sędziowie zwrócili się do Sądu Najwyższego, aby proces przenieść do Warszawy (tu mieszka Tadeusz N.; proces Edmunda Z. z tego samego powodu przeniesiono do Poznania).
Kim był Franciszek M.? Mieszkał w miejscowości Buk, nie należał do żadnej organizacji konspiracyjnej. We wrześniu 1948 r. został aresztowany za... śpiewanie antysowieckich piosenek, które sam układał, a potem nucił je podczas spotkań z sąsiadami. Np. "Rozkwitały jabłonie i gruszki - wygnali Niemca, a wprowadził się Ruski", "Z tyłu łata, z przodu łata, precz sowieci to nie wasza chata".
- 24 września, gdy jak zwykle wyszedłem w pole, nagle zjawił się sołtys z trzema facetami. Bez słowa zabrali mnie na UB. Chcieli, abym przyznał się do winy, ale nie mówili do jakiej. Jeden z ubeków zabierał mnie do piwnicy, gdzie stała szubienica i krzyczał: "mów prawdę, bo będzie cię to czekało". Inną metodą "rozmiękczania" było bicie taboretem po całym ciele.
- Pewnego dnia do pokoju przesłuchań przyprowadzono moich sąsiadów z Buka. Prócz jednego wszyscy zeznali, że w ich obecności śpiewałem antysowieckie piosenki. Ubek stwierdził: "udowodniono wam, że jesteście wrogiem Polski Ludowej".
Podczas rozprawy Tadeusz N. zignorował fakt, że Franciszek M. nie przyznał się do winy i uznał, że śpiewanie piosenek jest przestępstwem. Po odbyciu całej kary (m. in. w więzieniu we Wronkach), w 1951 r. rolnik-śpiewak wrócił do Buka.
(Dwóch szczecińskich uboli - Franciszka B. i Jana S. IPN oskarżył o torturowanie więźniów, w tym młodych antykomunistów, co prawo nazywa zbrodnią komunistyczną. Może ich sprawy potoczą się inaczej, niż proces orzekającego na podstawie sfabrykowanych przez nich akt śledczych Tadeusza N.?).
"PRZYGOTOWANIE DO USIŁOWANIA"Gwoli ścisłości. Z byłym sędzią prawo nie obeszło się całkiem po macoszemu. Co prawda w Szczecinie pozostaje Tadeuszem N., w Warszawie był już raz Tadeuszem Nizielskim. Został nim po wyroku Wojskowego Sądu Garnizonowego w Warszawie (przy ul. Nowowiejskiej), który okazał się bardziej "bezwzględny" od szczecińskiego i skazał go (w innej sprawie) na dwa lata więzienia.
Podstawa? W 1950 r., przed tym samym Wojskowym Sądem Rejonowym w Szczecinie Nizielski przewodniczył rozprawie przeciwko Marianowi Daraszowi i bezprawnie skazał go na sześć lat więzienia. Uzasadnienie sprzed 50 lat brzmiało: "przygotowanie do usiłowania przemocą obalenia ustroju państwa oraz rozpowszechnianie fałszywych wiadomości, które mogły wyrządzić istotną szkodę interesom państwa". W jaki sposób oskarżony miał usiłować? Kolegom z pracy mówił: "w polskich gazetach piszą kłamstwa jakoby Amerykanie rozpętali wojnę w Korei, jednak powszechnie wiadomo, iż sprowokowali ją koreańscy komuniści". Darasz nie krył również swojego stosunku do ZSRS i podważał polskość Rokossowskiego. Za dowód w sprawie Nizielski uznał znalezioną u oskarżonego... kartkę z ręcznie przepisaną "przepowiednią Wernyhory".
BEZ ODPOWIEDZIALNOŚCIW Warszawie Nizielskiego oskarżał ten sam prokurator Dariusz Wituszko ze szczecińskiego IPN dowodząc, że
WOJSKOWE SĄDY REJONOWE ZOSTAŁY POWOŁANE NIELEGALNIE I BYŁY NARZĘDZIEM REPRESJI W RĘKACH UB (ICH SPADKOBIERCĄ SĄ DZISIEJSZE SĄDY WOJSKOWE - przyp. TMP). Mimo starań obrońcy o uniewinnienie Nizielskiego (argument: sądy III RP nie pociągają do odpowiedzialności stalinowców), warszawscy wojskowi stwierdzili, że stosując przepisy "mające stłamsić myślenie inne niż oficjalne, niemające nic wspólnego z prawami człowieka" złamał on życie niewinnemu człowiekowi i uznali winnym "nadużycia władzy i pozbawienia wolności połączonego ze szczególnym udręczeniem".
Cóż z tego, kiedy wyższa instancja - Wojskowy Sąd Okręgowy w Warszawie (ten sam budynek przy ul. Nowowiejskiej) umorzył sprawę twierdząc, że Tadeusza N. chroni... immunitet sędziowski.
Tadeusz Nizielski, vel Tadeusz N., przedwojenny prawnik z Poznania, sędzią w szczecińskim WSR został w 1946 r., by awansować potem na szefa Sądu Wojsk Lotniczych w Poznaniu (jego władza była porównywalna z wpływami płk Józefa Goldberga-Różańskiego w Warszawie) i w końcu sędziego Sądu Najwyższego w Izbie Wojskowej. W Szczecinie Nizielski przewodniczył jeszcze jednej sprawie. 21 listopada 1952 r., po trwającym prawie dwa miesiące procesie, skazał kilku młodych antykomunistów na kary kilkuletniego więzienia.
UMARZALNIA NUMER DWADruga poznańska umarzalnia - Okręgowy Sąd Wojskowy, mieszcząca się przy tej samej ul. Solnej uniewinniła wcześniej płk Wacława Krzyżanowskiego. IPN oskarżył go (jako pierwszego stalinowskiego prokuratora) o mord sądowy. 3 sierpnia 1946 r., będąc oficerem śledczym wojskowej prokuratury w Gdańsku (wówczas w randze chorążego) podżegał skład sędziowski do wymierzenia Danucie Siedzikównie, ps. Inka (sanitariuszce oddziału mjr Zygmunta Szendzielarza "Łupaszki") najwyższego wymiaru kary. 17-letnia dziewczyna została zamordowana. Poznańska umarzalnia postanowiła jednak, że nie można jednoznacznie ustalić, jaką rolę Krzyżanowski odegrał w procesie "Inki".
Komentarz (0)