Publicystyka
Antysocjalistycznego Mazowsza
| Tajemnica ukryta w cynie - artykuł Tadeusza M. Płużańskiego Wysłane niedziela, 1, lutego 2004 przez Krzysztof Pawlak |
Na większości tabliczek jest tylko imię i nazwisko. Są Polacy, Rosjanie, Francuzi, Hiszpanie, Holendrzy, Duńczycy. W sumie 14 europejskich narodowości. Znalazł się nawet jeden Amerykanin. Cynkowe blaszki mają 11 na 5,5 cm. Tyle zostało z kilkuletniej, przymusowej pracy "u Niemca" w zakładach chemicznych w Łęgnowie (Brahnau) koło Bydgoszczy.Inne tabliczki zawierają więcej danych - stan cywilny, adres, datę przyjęcia do zakładu, rodzaj wykonywanej pracy i jej znaczenie dla produkcji. W sumie jest ich 2 tys., ale to tylko część, gdyż pozostałych nie udało się odnaleźć.
NIEMIECKA DOKŁADNOŚĆW Łęgnowie pracownicy produkowali materiały wybuchowe na potrzeby III Rzeszy. O tabliczkach jednak nie wiedzieli. A jednak każdy miał swoją cynkową blaszkę. Tylko po co?
- Niemcy mieli jakieś plany wobec pracowników zakładu - mówi inżynier Zbigniew Gruszka, pracownik Muzeum Tradycji Pomorskiego Okręgu Wojskowego w Bydgoszczy, który odnalazł tabliczki.
- Czy nie wystarczało im, że musieliśmy pracować ponad siły? - zastanawia się Aurelia Czajkowska. W Łęgnowie pracowała przy produkcji prochu, jak większość. Mieszkała w przyzakładowym obozie. - Co chcieli z nami zrobić? Jaki los nas czekał? Przeniesienie do innego zakładu, wywiezienie w głąb Rzeszy, a może śmierć?
Zdaniem Lucjana Nowaka, tabliczki są kolejnym dowodem na niemiecką dokładność.
- Widać, że byliśmy pod pełną kontrolą - uważa Nowak. Do zakładu dojeżdżał pociągiem z Nakła. O 3.30. Był ślusarzem.
Bernard Strógalski, (elektryk, zatrudniony przy budowie dźwigów, mieszkał w Bydgoszczy) pamięta, jak w 1944 r. Niemcy wprowadzili zarządzenie o obowiązkowej nauce języka niemieckiego. Nie powiedzieli tylko, w jakim celu.
30 TYS. PRACOWNIKÓWSensacyjne odkrycie to efekt przypadku.
- W 1987 r. pierwsze tabliczki znalazły dzieci, bawiące się na terenie zakładu. Planowe poszukiwania rozpoczęliśmy kilka lat później. Muzeum wyznaczyło do tego jednostkę wojskową - opowiada inżynier Zbigniew Gruszka. - Wszystkie tabliczki odkopano w pobliżu pętli tramwajowej w Łęgnowie.
Odnalezienie tabliczek było dla inżyniera Gruszki dopiero początkiem pracy. Najpierw musiał określić ich pochodzenie, zewidencjonować i zestawić z danymi archiwalnymi. Potem rozpoczął poszukiwania ludzi z tabliczek. Pisał listy, telefonował, jeździł po całej Polsce. Czasem pod wymienionym adresem nie znajdował nikogo albo w ogóle takiego adresu nie było. Jeśli budynek przetrwał wojnę i późniejszy okres przebudowy, zmianie ulegała nazwa ulicy. Niekiedy wymieniona osoba już nie żyła i musiał zadowolić się relacją rodziny.
Po wojnie, kiedy Polacy wznowili produkcję w zakładach chemicznych, Zbigniew Gruszka zatrudnił się w dziale materiałów wybuchowych, w końcu zajął się projektowaniem. Przez kilka ostatnich lat, już na emeryturze, ustalił ponad 900 nazwisk z tabliczek. Podzielił je według narodowości, grup wiekowych.
- Lista jest niepełna. Z kilku moich wachmanów odnalazłem tylko jednego - komentuje Lucjan Nowak.
Zbigniew Gruszka pokazuje niemiecki dokument, z datą 2 marca 1943 r. Został wystawiony tuż przed uruchomieniem w zakładzie walcowni prochu. Wymienia prawie 10 tys. osób - 7400 zatrudnionych przy budowie, 2500 przy produkcji.
Inżynier Gruszka twierdzi, że pracowników przymusowych było znacznie więcej, nawet 30 tys.
OBÓZ KARNYBudowę zakładów chemicznych w Łęgnowie Niemcy rozpoczęli w 1940 r. Liczyły 23 kilometry kw., 1500 budynków, 35 kilometrów torów kolejowych, sześć dworców. Przez środek zakładu przechodziła magistrala Śląsk - Porty.
Za ogrodzeniem stały baraki - 100 murowanych, parterowych i 16 drewnianych. Były przeznaczone dla pracowników ściągniętych z dalszych miejscowości, a przede wszystkim więźniów obozów koncentracyjnych.
Większość pracowników stanowili Polacy - ponad 50 proc. Potem byli Niemcy (głównie wykwalifikowani robotnicy z Rzeszy), Rosjanie i inne narodowości. Szczególną grupę stanowiły Żydówki. Ich tabliczek nie odnaleziono.
- Żydówki były odizolowane od reszty więźniów. Kierowano je do najgorszych robót - kopały rowy, kładły tory i kable - mówi Zbigniew Gruszka. - Za pomoc więźniarkom można było trafić do obozu karnego, który znajdował się na terenie zakładu.
Kary były też za inne przestępstwa. W niemieckiej dokumentacji wyszczególniono: 71 za bumelanctwo, cztery za palenie papierosów. Reszta to kradzież i niszczenie sprzętu. "Najaktywniejsi" byli Polacy.
- Pracowaliśmy, bo nam kazali, ale... Wystarczyło włożyć śrubkę i już maszyny stawały - uśmiecha się Lucjan Nowak. - Jednego dnia spóźniłem się do pracy, bo zaspałem. 10 dni spędziłem w obozie.
Strógalski trafił do obozu na jeden dzień, za zwymyślanie Niemca.
Obaj mieli szczęście. Za kilka przewinień mogli zostać wywiezieni do KL Stutthof.
ZATRUCIA I OPARZENIADo dziś poszkodowani nie dostają ani renty, ani emerytury za pracę w Łęgnowie. Odnalezione tabliczki są dla nich jedyną szansą. Żadne dokumenty, z wyjątkiem niemieckich blankietów podatkowych, nie zachowały się.
Muzeum Tradycji Pomorskiego Okręgu Wojskowego w Bydgoszczy, gdzie znajdują się tabliczki, może wystawić byłym pracownikom odpowiednie zaświadczenie. Tabliczka z nazwiskiem jest przecież dowodem konkretnym. Jednak nie dla wszystkich. Stowarzyszenia poszkodowanych przez nazistowski reżim uważają, że kawałki blachy nie mogą być dokumentem w sprawie. Stanowią jedynie pomocniczy ślad. Jedynym uznawanym potwierdzeniem czyjegoś zatrudnienia są akta, wystawione przez zakład pracy. Muszą być na nich dwie informacje - data rozpoczęcia i zakończenia pracy.
Tu pojawia się problem kolejny. Większość poszkodowanych pracowała do końca istnienia zakładu.
- Kiedy Rosjanie podchodzili pod Bydgoszcz, Niemcy uciekli. Nawet, gdyby zachowały się jakieś nasze dokumenty, nie byłoby na nich daty zakończenia pracy - zauważa Aurelia Czajkowska.
Byli przymusowi pracownicy liczą na odszkodowania od państwa niemieckiego, spadkobiercy III Rzeszy. Tylko jeśli w Polsce nie można uznać praw poszkodowanych, jak tu się spodziewać jakiegokolwiek zadośćuczynienia ze strony skrupulatnych urzędników w Berlinie?
- Warunki pracy były skandaliczne - mówi Lucjan Nowak. - Przy produkcji prochu cały czas wydzielały się trujące substancje. Nie było żadnych zabezpieczeń.
- Proch często wybuchał, średnio trzy, cztery razy na jednej zmianie - dodaje Aurelia Czajkowska. - Wybuch następował nagle, człowiek nie miał gdzie uciekać. Wystarczyło, że piasek dostał się do maszyn. Było wiele oparzeń.
Od wielu lat pracownicy Łęgnowa mają kłopoty ze zdrowiem.
Praca w zakładzie trwała 10 godzin, pod koniec wojny nawet 12. Zarobki Polaków wynosiły średnio 15 marek na tydzień. Wysokość wypłaty, a właściwie jałmużny, zależała od narodowości. Litwin, pracujący w kotłowni, dostawał prawie 10 marek więcej. Tak samo było z jedzeniem.
Zbigniew Gruszka ustalił, że do pracy w zakładzie Niemcy zmuszali nawet 14-letnie dzieci.
NOBEL PRZEWRACA SIĘ W GROBIETakie same tabliczki, jak w Łęgnowie, odnaleziono w bliźniaczym obozie - Christianstadt (Krzystkowice) nad Bobrem, koło Zielonej Góry. Znalazły się na nich informacje o narodowości. Rozróżnienie było proste, na trzy grupy - Deutsch, Pole, Auslander (Niemiec, Polak, Obcokrajowiec).
Oba zakłady, w Łęgnowie i w Krzystkowicach należały do DAG (Dynamite Aktien Gesellschaft), założonej przez... Alfreda Nobla.
- Gdyby Nobel wiedział, do czego doprowadził, na pewno by się w grobie przewrócił - komentuje Bernard Strógalski.
W czasie wojny firma podlegała Ministerstwu Obrony Rzeszy, którym kierował Albert Speer. Produkowała prochy artyleryjskie, bomby, głowice do pocisków. W całej Rzeszy produkowano 12 tys. ton prochów, w Bydgoszczy 2 tys.
DAG istnieje do dziś. Swoją siedzibę, tak jak w czasie wojny, ma w Troisdorf, koło Koloni. Tylko czy wypłaci odszkodowania byłym pracownikom przymusowym?
Tadeusz M. Płużański
Komentarz (0)