Publicystyka
Antysocjalistycznego Mazowsza
| NAJTRWALSZA ZDOBYCZ SIERPNIA 1980 ROKU - MSZA RADIOWA W POLSKIM RADIU - artykuł Antoniego Zambrowskiego Wysłane poniedziałek, 26, stycznia 2004 przez Krzysztof Pawlak |

Anna Walentynowiczowa - mało komu znana w owym czasie suwnicowa ze Stoczni Gdańskiej im. Włodzimierza Lenina opisała nader złośliwie pobyt tow. Edwarda Gierka w jej zakładzie pracy. Tow. Gierek miał ponownie spotkać się ze stoczniowcami, jak w grudniu 1970 roku po krwawych rozruchach robotniczych na Wybrzeżu, które doprowadziły do obalenia Władysława Gomułki i zastąpienia go właśnie przez Edwarda Gierka. "Towarzysze, pomożecie mi?" - pytał wtedy tow. Gierek. "Pomożemy" - odpowiadali gromko stoczniowcy. Tym razem tow. Gierek nie miał odwagi, by spotkać się nos w nos z robotnikami. Spotkał się jedynie z miejscowymi notablami partyjnymi. Artykuł pani Ani został umieszczony w wydawanym w drugim obiegu pisemku Wolnych Związków Zawodowych "Robotnik Wybrzeża" i nosił tytuł "Szczera dyskusja nad antrykotem". Za ten reportaż nazbyt szczerą panią Anię wyrzucono z pracy. Jak wiemy, stało się to główną przyczyną strajku w gdańskiej stoczni "Lenin" w sierpniu 1980 roku. Gdy 14 sierpnia 1980 roku dotarłem z młodzieżową pielgrzymką pod wały Jasnej Góry i Jola Widenkówna powiedziała mi, że w Stoczni Gdańskiej rozpoczął się właśnie strajk o przywrócenie do pracy Ani Walentynowiczowej, pomyślałem, że w Polsce rozpoczyna się od dawna oczekiwana rewolucja antykomunistyczna. Pamiętnego dnia 25 czerwca 1976 roku pracowałem jako ekonomista w biurowcu Polskich Zakładów Optycznych na Mińskiej na warszawskim Kamionku. Trwał strajk przeciwko projektowanej przez rząd premiera Piotra Jaroszewicza podwyżce cen na mięso i cisza wskutek wyłączenia maszyn i obrabiarek aż cięła uszy. Po kilku dniach po porażce rządu i wycofaniu się z niewczesnych projektów podwyżki cen Komitet Warszawski PZPR z tow. Józefem Kępą na czele polecił dyrekcji fabryki wyrzucenie na bruk dwudziestu bodaj domniemanych prowodyrów strajku. Nikt nie stanął w ich obronie. Ludzie już nauczyli się strajkować o kiełbasę, ale jeszcze nie umieli być solidarni z represjonowanymi. Strajk o ponowne zatrudnienie pani Ani zmieniał tę sytuację radykalnie.
Obok reportażu z wizyty tow. Gierka w stoczni "Lenin" "Robotnik Wybrzeża" wydrukował tekst apelu do Sejmu PRL o wyrażenie zgody na transmisję mszy świętej w Polskim Radiu oraz w TVP. Apel napisał pod wrażeniem pierwszej papieskiej pielgrzymki do kraju ojczystego pan Stefan Liese - ojciec dwóch dorosłych synów Tomka i Grzesia, współpracujących z założonym po wypadkach czerwcowych 1976 roku Komitetem Obrony Robotników. Na panu Stefanie wielkie wrażenie zrobiły transmisje na żywo mszy świętych odprawianych przez ojca świętego Jana Pawła II. Chciałby on, aby takie transmisje stały się w Polsce stałym zjawiskiem. Pomysłodawcą apelu był Tomek - drukarz w podziemnej oficynie wydawniczej NOW-a, założonej przez Mirosława Chojeckiego. Jego brat Grzegorz był asystentem na Politechnice Warszawskiej i jednocześnie współpracownikiem prowadzonego przez Zofię i Zbigniewa Romaszewskich Biura Interwencji Komitetu Samoobrony Społecznej KOR. Z ramienia Biura Grześ prowadził śledztwo w sprawie okoliczności tajemniczej śmierci księdza proboszcza Romana Kotlarza z Radomia. Podejrzewano, że śp. ksiądz Roman Kotlarz został pobity ze skutkiem śmiertelnym przez nieznanych sprawców z wiadomego resortu, czyli MSW. Winą księdza proboszcza było to, że pobłogosławił on robotników radomskich zakładów przemysłowych idących w pochodzie protestacyjnym przez miasto. Robotnicy manifestowali swój sprzeciw przeciwko zapowiedzianej przez rząd podwyżce cen. Zachowanie SB w tej sprawie jedynie utwierdzało nas w tym podejrzeniu, że sprawcami śmierci kapłana byli ubole. Za każdym razem, gdy Grześ zjawiał się w Radomiu, aby porozmawiać ze znajomymi zmarłego księdza, SB-ecy zatrzymywali go i sadzali na przepisowe 48 godzin na tzw. dołku w Komendzie MO w Radomiu. Niezrażony tym, Grześ siedząc na dołku, komponował rock-operę do słów poematu satyrycznego mego kolegi z więzienia w Barczewie Janusza Szpotańskiego pod tytułem "Towarzysz Szmaciak", napisanego właśnie na kanwie wypadków radomskich.
Grzesia poznałem najwcześniej ze wszystkich członków rodziny Liesów, ponieważ wynajmował sobie mieszkanko przy placu Zbawiciela niedaleko mieszkania moich rodziców. Po śmierci ojca zamieniłem się z matką na mieszkania, gdyż moje spółdzielcze M3 było w sam raz dla samotnej emerytki (moja Rada Zakładowa Związku Zawodowego Metalowców nie chciała dofinansować mnie na przysługujące mi M5, gdy otrzymywałem mieszkanie spółdzielcze, ponieważ pozostawałem jako były więzień polityczny obywatelem drugiej czy raczej trzeciej kategorii). Dla rodziny z dwojgiem małych dzieci większe od mojego M3 mieszkanie rodziców było bardziej odpowiednie. Potrzebny byłem Grzesiowi do przepisania na maszynie listu jego ojca do Ojca Świętego, co na ogół robiła jego koleżanka z chóru kościelnego, a bliska sąsiadka jego rodziców urocza absolwentka anglistyki - Jola Widenkówna. Tym razem Jola gdzieś się zapodziała, więc Henio Wujec z KSS KOR zadzwonił do mnie i wysłał mnie do Grzesia. Był to palec Boży, niezbędny bym włączył się w jego działania tym bardziej, że po naszym poznaniu się niezawodna Jola pełniła niezmiennie funkcje sekretarki, a raczej sekretarza generalnego naszej Akcji.
Bracia zaproponowali marsz młodzieży katolickiej pod Sejm PRL z petycją w sprawie mszy świętej w PR i TVP, co mnie kojarzyło się z pogromem robotniczego ruchu chartystów w XIX-wiecznym Londynie. Wszyscy działacze KOR-u po tragicznych doświadczeniach grudnia 1970 roku na polskim Wybrzeżu panicznie bali się krwawych następstw masowego wychodzenia na ulicę, więc usiłowali wyperswadować Tomkowi jego pomysł. Szczególnie wiele wysiłku włożyli w to Marzena i Wiesław Kęcikowie, z ramienia KOR-u zajmujący się sprawami polskiej wsi i wiary katolickiej. Wszelako Tomek upierał się przy swoim. Ponieważ dowiedziałem się z audycji Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa o masowej akcji zbierania podpisów pod apelem do władz PRL, prowadzonej w diecezji przemyskiej pod auspicjami opiekuna duchowego KOR-u księdza biskupa Ignacego Tokarczuka, wraz z Marzeną i Wieśkiem zaproponowaliśmy Tomkowi, by doświadczenie przemyskie przenieść do Warszawy. Pomysł poparli biorący udział w naradzie u Grzesia rzeczniczka KOR-u, pani Halina Mikołajska oraz współpracujący z nią przy organizacji występów aktorskich w kościołach Maciej Rayzacher, więc Tomek ostatecznie wyraził na to zgodę.
Apel o mszę w PR i TVP, napisany przez pana Stefana Liesego, został natychmiast przeredagowany wprawną ręką Haliny Mikołajskiej i skierowany do powielenia w drukarni NOW-ej. Oto jego treść:
"Do Sejmu Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej
Żądamy włączenia do programów Polskiego Radia i Telewizji niedzielnej Mszy Świętej. Jest to potrzebne zarówno ludziom chorym, jak też i zbyt słabym, aby wytrwać w przepełnionych świątyniach oraz wszystkim wierzącym, którym okoliczności uniemożliwiają osobiste uczestnictwo we Mszy Świętej. Pragnienie to było już wielokrotnie wyrażane przez Episkopat Polski, jak również przez wiernych w masowo podpisywanych listach do władz PRL.
Środki społecznego przekazu są własnością społeczeństwa - mamy zatem prawo występować z tym żądaniem. Mamy też obowiązek wobec naszych chrześcijańskich sumień uczynić wszystko, by Kościół w Polsce mógł - także w ten sposób wypełniać swą ewangeliczną misję. Uświadomiła nam ją w sposób szczególny pielgrzymka Ojca Świętego Jana Pawła II w naszym kraju, w czasie której miliony Polaków złożyły nader ważną deklarację, na którą Sejm PRL nie powinien pozostać głuchy: MY CHCEMY BOGA!".
16 września 1979 roku otrzymaliśmy "cynk", że w kościele pod wezwaniem św. Antoniego przy ul. Senatorskiej wygłosi kazanie sam ksiądz Prymas Stefan kardynał Wyszyński. Pobiegliśmy tam całą grupą, licząc, że ksiądz Prymas ma zamiar powiedzieć coś na temat rocznicy sowieckiego najazdu na Polskę (Pamiętam, jak staliśmy pod kościołem wraz z Jarosławem Kaczyńskim - dziś przywódcą Prawa i Sprawiedliwości oraz sławnym w latach 1980 i 1981 Jankiem Narożniakiem, najpierw aresztowanym przez panią prokurator Bardonową za powielenie sprzecznej z prawem instrukcji Prokuratury Generalnej i zwolnionym pod naciskiem strajku w Zakładach Mechanicznych "Ursus", zaś w stanie wojennym postrzelonym przez patrol wojskowy na Żoliborzu i wykradzionym przez Adama Borowskiego z MRKS ze szpitala na Banacha). Ponieważ ksiądz Prymas odwołał swoje przybycie do kościoła, moi koledzy wrócili do mieszkania Grzesia i uchwalili rozpoczęcie akcji w najbliższą niedzielę. Tak wypadło, że Kościół obchodził tego dnia dzień społecznych środków przekazu.
We wrześniową niedzielę komitet księdza Kotlarza ruszył pod kilka warszawskich kościołów (dopiero po kilku dniach namysłu aktor Maciej Rayzacher wpadł na nazwę Akcji Wiernych "Chrystus w środkach przekazu społecznego", która się przyjęła zamiast Kotlarzowego komitetu, więc pod naszym apelem, zamieszczonym na łamach "Robotnika Wybrzeża" figurowała już nowa nazwa). Pierwsze podpisy zbierałem przy wejściu do kościoła Najświętszego Zbawiciela. Przyszedłem na mszę świętą, ale spotkałem grupę opozycyjnych studentów, której przewodziła dziennikarka Elżbieta Malicka, po latach kierowniczka działu listów w "Tygodniku Solidarność". Pamiętam, że z wielką satysfakcją złożyli podpisy pod naszym apelem uczestniczący w niedzielnej Mszy świętej Stefan Szuster-Staszewski, dawny działacz PZPR sławny dzięki swej roli w przełomie październikowym 1956 roku oraz jego żona - znana plastyczka, autorka Piety katyńskiej Anna Danuta z Żebrowskich Staszewska.
Odzew wiernych przeszedł wszelkie oczekiwania. Wychodzący po Mszy świętej z kościołów ludzie tłumnie składali swe podpisy na arkuszach zawierających powielony tekst petycji do Sejmu. Odzew ten był jeszcze większy w przypadkach, gdy odprawiający tę mszę kapłan powiadamiał o naszej akcji z ambony, zachęcając wiernych do jej poparcia. Naszych kolegów zbierających podpisy przy stolikach pożyczonych z salek katechetycznych otaczała atmosfera poparcia i przyjaźni. Wiele osób sięgało i po pieniądze, by i w ten sposób wesprzeć naszą działalność. Wiele zachodu wymagało nieraz wytłumaczenie garnącym się ze wsparciem ofiarodawcom, że nie potrzeba nam pieniędzy, że wystarczy złożenie podpisu. Kilka osób składających podpisy pod apelem pytało, kiedy za ten podpis należy oczekiwać wizyty funkcjonariuszy SB. Nasza akcja pomagała Polakom w przełamywaniu bariery strachu paraliżującego obywateli PRL.
We wdzięcznej pamięci zachowuję starszą panią spod kościoła pod wezwaniem św. Teresy przy ul. Tamka, częstującą mnie i Tomka Liesego landrynkami i wytrwale agitującą udających się do kościoła parafian oraz zwykłych przechodniów, by złożyli podpisy pod apelem o Mszę świętą w radiu i TV. Gorąco zachęcała nas, byśmy koniecznie przyszli znowu w następną niedzielę i dali szansę tym, którzy tego dnia nie uczestniczyli w Mszy świętej. W innym miejscu naszych kolegów raczono herbatą z termosu i kanapkami.
Trzeba wyjaśnić dzisiejszym czytelnikom, że zbieranie podpisów pod apelami do władz były w owym czasie ulubioną formą oddziaływania na rządzących. Wymagało to na ogół od organizatorów wiele czasu i zachodu. Część kandydatów do podpisu uchylała się od tego obowiązku obywatelskiego pod lada jakim pozorem z prostego powodu - ze strachu przed represjami władz. Stąd pod głośnymi apelami było niewiele podpisów. W 1964 roku list znanych intelektualistów do premiera Józefa Cyrankiewicza zebrał zaledwie 34 podpisy. Jeszcze mniej podpisów, bo 14, zebrał Adam Michnik pod petycją do władz w sprawie Polaków w ZSRR, podpowiedzianą mu przeze mnie po powrocie mego kolegi Jarosława Chała-Chalińskiego z "saksów" w Szwecji, który widział tam samolot ciągnący długą taśmę z napisem: "Pamiętajmy o dwóch milionach Polaków w Rosji!". Adama zatrzymała SB właśnie z 14-tym podpisem znanej aktorki pani Zofii Małynicz i potwornie wypałowała (Pani Halina Mikołajska opowiadała mi, że po wyjściu z komendy Adam był poobijany jak ulęgałka i cały fioletowy od sińców. Było mi strasznie głupio, że go w to wrobiłem). Najwięcej podpisów zebrano w zimie roku 1979 w obronie założyciela Wolnych Związków Zawodowych w Katowicach Kazimierza Świtonia, zatrzymywanego i bezlitośnie bitego przez SB.
Zwrócenie się do wiernych z apelem o Mszę świętą stworzyło zupełnie nową jakość społecznego oddziaływania: garstka osób pod kilkoma warszawskimi kościołami zebrała od razu rekordową liczbę podpisów - w granicach 1,5-2 tysięcy nazwisk i adresów. I tak za każdym razem, co niedziela. Zbieranie podpisów stało się też podłożem do porozumienia pomiędzy rywalizującymi skupiskami opozycyjnymi. Akcja Wiernych była inicjatywą osób związanych z KSS KOR, ale ochoczo przyjęliśmy pomoc Andrzeja Czumy - rzecznika bardziej prawicowego Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela, dawnego przywódcy konspiracyjnej organizacji "Ruch", rozbitej przez SB na początku lat 70. Tuż przed przerwą zimową (zamarzał tusz do długopisów) zbieraliśmy podpisy pod apelem o Mszę pod kościołem koło jego domu w podwarszawskich Włochach. Formularze z tekstem apelu o Mszę i podpisami wykładaliśmy w dwóch egzemplarzach. Oryginał wysyłaliśmy do Sejmu PRL jako adresata apelu, kopie przekazywaliśmy do Kurii na Miodowej na przechowanie. Po kilku miesiącach naszej akcji, już po wznowieniu jej na wiosnę 1980 roku, gdy w Kurii powstała już spora paczka formularzy apelu, któryś z księży zatrudnionych w Kurii wysłał ją pocztą do Radiokomitetu. Zebrane przez nas podpisy wywołały tam szok.
Mimo naszych obaw SB nie nękała naszych akcji zapewne z uwagi na spodziewaną reakcję księdza Prymasa Wyszyńskiego (naszym bezpośrednim opiekunem był ks. biskup Władysław Miziołek). Jedynie na początku naszej działalności mieliśmy kilka zatargów z SB. Już w pierwszych dniach naszej działalności fotografik Marcin Jabłoński, który na zebrania do państwa Liesów przychodził ze swą malutką córeczką, został zatrzymany przez uboli. Podejrzewano go o współpracę z Niezależną Oficyną Wydawniczą NOW-a, ale podczas przeszukiwania jego mieszkania funkcjonariusze SB wypytywali go m.in. o "kościelne papiery". Mieli zapewne na myśli powielone przez NOW-ą teksty petycji do Sejmu oraz rozdawane przez nas podczas zbierania podpisów ulotki z kazaniem Jana Pawła II o cnocie męstwa, wygłoszonym na środowej audiencji ogólnej w dniu 15 listopada 1978 roku. W trakcie przeszukania ubole zachowywali się nad wyraz grubiańsko. Pozwalali sobie nawet na chamskie pogróżki pod adresem leżącej w łóżku chorej matki Marcina: "Jak nie będziesz się nas słuchał, to ci twą staruchę udusimy!". Po powrocie z aresztu nękano go jakiś czas anonimowymi telefonami. Jakiś anonim zagroził mu, że może znaleźć swą córeczkę z poderżniętym gardłem. Groził mu też losem Pyjasa (Stanisław Pyjas - student Uniwersytetu Jagielońskiego został zamordowany skrytobójczo przez agenta SB w Krakowie 12 marca 1977 roku). Oficjalnie SB wypierała się tego mordu, ale niejeden działacz opozycji słyszał od uboli pogróżki, że zginie jak Pyjas.
2 października 1979 roku SB zatrzymała podczas zbierania podpisów pod kościołem pw. św. Antoniego przy ul. Senatorskiej studenta UW Janka Cywińskiego ze względu na jego zaangażowanie w Studenckim Komitecie Solidarności. Straciliśmy wtedy jeden z transparentów zawiadamiający przechodniów: "Tu składa się podpisy pod petycją do Sejmu PRL o dostęp Kościoła do środków społecznego przekazu". Transparent umocowany był na ogrodzeniu kościoła, niestety w zasięgu rąk gorliwego ubola. Janka puszczono do domu po 46 godzinach pobytu na dołku. W międzyczasie o jego aresztowaniu pisała prasa zachodnia, mówiły zachodnie rozgłośnie radiowe, psując opinię w paryskich salonach tow. Edwardowi Gierkowi. Tak świat dowiedział się o Akcji Wiernych "Chrystus w środkach społecznego przekazu". Później telewidzowie na Zachodzie zobaczyli naszych kolegów zbierających podpisy pod którymś z kościołów warszawskich. Toteż gdy SB kilkakrotnie zatrzymywała jednego z organizatorów Akcji Wiernych, aktora Macieja Rayzachera, za każdym razem przekonywała się, że jej represje przynoszą nam tylko rozgłos.
Raz podczas zbierania podpisów pod kościołem św. Barbary jakaś pani z PAX-u głośno ostrzegała wiernych, by nie podpisywali apelu, gdyż jest to żydowska inicjatywa. Nie umiała atoli wyjaśnić, dlaczego to właśnie Żydom ma zależeć na katolickiej mszy świętej. Nie wpłynęło to na szczęście na liczbę zebranych wtedy podpisów.
Największe wrażenie związane z mszą świętą przez radio wywarł na mnie list z Baranowicz, napisany gdzieś na przełomie stycznia i lutego 1988. Pod koniec grudnia uwięziono tam księdza - za to, że wbrew sowieckiemu prawu ośmielił się spowiadać niepełnoletnich. Tak szczęśliwie się złożyło, że niedzielna suma była tam odprawiana o godzinie 11. Na Białorusi obowiązywał wtedy czas moskiewski, o dwie godziny różny od naszego. Chociaż ksiądz był w więzieniu, wierni w kolejne niedziele przychodzili na sumę, kładli radio na ołtarzu i normalnie uczestniczyli we mszy. Śpiewali pieśni razem z ludem warszawskim z kościoła Świętego Krzyża, odpowiadali na wezwania celebransa, wstawali na Ewangelię, klękali na Podniesienie. Tylko Komunii Świętej nie mieli. Atmosfera tych radiowych mszy w Baranowiczach ukształtowała się niezwykła, w kolejne niedziele ludzi przychodziło coraz więcej. Władze doszły do wniosku, że jedynym sposobem wyciszenia tej sytuacji będzie wypuszczenie księdza na wolność... Jacek Salij OP |
Gdy w sierpniu 1980 roku rozpoczęły się strajki stoczniowców w Gdańsku i Szczecinie, i SB zatrzymała pewną liczbę członków i współpracowników KOR, w tym i Wiesława Kęcika, jego żona Marzena prosiła mnie, bym przeprowadził do Zbroszy Dużej - podwarszawskiej wsi głośnej z walki o zbudowanie kościoła wbrew oporowi władz - działacza opozycji Tadeusza Nawrockiego - byłego posła na Sejm PRL z ramienia ZSL (chodziło o to, że przywódca chłopów ze Zbroszy i ich duszpasterz ks. proboszcz Czesław Sadłowski znał mnie osobiście jako przyjaciela Kęcików). Szczęśliwie mój dawny kolega szkolny z LO im. Tadeusza Reytana w Warszawie, inż. Wojciech Kuropieska (syn gen. Józefa Kuropieski więzionego w okresie stalinowskim przez Informację Wojskową) podjął się przewiezienia nas cichcem w okolice Zbroszy swym samochodem. Tam zebrani na mszy świętej odprawionej przez księdza Czesława Sadłowskiego rolnicy odbyli wiec solidarności ze stoczniowcami i uchwalili rezolucję przygotowaną przez Tadeusza Nawrockiego. Zebrane przez chłopów pieniądze na wsparcie strajkujących stoczniowców obecny wówczas w kościele ks. Stanisław Małkowski z Warszawy odwiózł do Gdańska wraz z tekstem rezolucji solidarnościowej i naszym apelem o mszę w PR i TVP. Tak postulat mszy świętej dołączony został do 21 postulatów stoczniowej "Solidarności". 31 sierpnia 1980 roku postulaty te zostały pod naciskiem strajkujących robotników przyjęte przez stronę rządową i w końcu września 1980 roku Polskie Radio transmitowało po raz pierwszy (po długoletniej przerwie spowodowanej przez komunistów) Mszę świętą.
Postulat mszy radiowej uwzględniał potrzeby duchowe osób obłożnie chorych oraz uwięzionych, więc w stanie wojennym wielokrotnie korzystaliśmy z możliwości wysłuchania mszy świętej w celach więziennych. W ten sposób msza radiowa stała się po zapędzeniu przez WRON-ę związku zawodowego "Solidarność" do podziemia jedynym respektowanym przez władze komunistyczne postulatem sierpniowym. I tak to trwało aż do upadku komuny w roku 1989.
Dziś dzięki pluralizmowi w środkach przekazu codzienną poranną mszę świętą nadaje z kościoła św. Józefa w Toruniu Radio Maryja, zaś poranną niedzielną - z praskiej bazyliki św. Floriana katolickie Radio Praga. Ale i tak wielu słuchaczy w całej Polsce (w tym i słuchacze Radia Maryja) uczestniczy w niedzielnej mszy radiowej nadawanej przez program I PR z warszawskiej bazyliki św. Krzyża W III Rzeczypospolitej urzeczywistniony został również drugi człon naszego apelu. Mszę św. co niedziela nadaje TV lokalna oraz TV Polonia. Ponadto co niedzielę uczestniczyć możemy w modlitwie Ojca Świętego Jana Pawła II Anioł Pański. Pan Bóg nierychliwy, ale sprawiedliwy - mówi przysłowie.
Antoni Zambrowski
Komentarz (1)