Publicystyka
Antysocjalistycznego Mazowsza
Podzielić się przed, aby wygrać po - gra z towarzystwa "Pytanie o jedność prawicy" - artykuł Mariusza Wisa Wysłane wtorek, 6, stycznia 2004 przez Krzysztof Pawlak |
Prof. Michał Wojciechowski ("Rz" nr 303 z 31.12.2003 r.) w artykule "Pytanie o jedność prawicy" postawił pytanie: "Razem czy osobno do wyborów parlamentarnych. Trochę to zależy od ordynacji wyborczej....". Trochę? Nie trochę, panie profesorze, a wszystko!
Wynik wyborczy nie zależy od tego, z której strony wieje wiatr lecz od sposobu w jaki postawimy żagle, czyli od ordynacji, przede wszystkim."Obecna proporcjonalna ordynacja wyborcza sprzyja wielopartyjności. Ordynacja większościowa mogłaby doprowadzić do stworzenia szerokiej partii prawicowej", przewiduje Michał Wojciechowski. Tak, to prawda, ale nie cała. Pragmatyka zachowań w jednomandatowym systemie wyborczym, który jest treścią ordynacji większościowej, sprawia, że tworzy się zdecydowana dominacja dwóch ugrupowań. Powstaje system tzw. dwupartyjny i tylko wówczas, gdy wybory odbywają się jednej turze, w myśl hasła "the winner takes all" (zwycięzca bierze wszystko). Jeżeli chociażby lekko skomplikujemy ten system wyborczy, np. przez dwie tury, gry partyjne odzywają się. I nie ja to wymyśliłem. Tak dzieje się na świecie. Czy nie lepiej i zdrowiej byłoby, gdyby w Polsce powstały dwa duże ugrupowania i konkurowały między sobą o dominację w Sejmie? Już słyszę posła Jaskiernię, który oświadcza, że takie rzeczy jak walka wyborcza i tworzenie prosto oraz szybko większości w parlamencie, jak to ma miejsce pomiędzy republikanami i demokratami, czy też konserwatystami i laburzystami - to nie dla nas, bo ple, ple... plecie jego język (patrz "Trybuna" z 17.03.2003 r., dwa dni po ogłoszeniu sławnego Apelu Rzeczpospolitej o zmianę ordynacji wyborczej i wprowadzenie w Polsce jednomandatowych okręgów).
Proszę przypomnieć sobie założenia ordynacji wyborczej, wersja d'Hondta. Zabierając się do politycznej gry, można bez trudu zauważyć, że aby zdobyć w Sejmie więcej mandatów, należy bez skrupułów zastosować socjomatematykę (patrz
Załącznik). W wersji najprostszej, gdy jest się ugrupowaniem dużym, tj. o poparciu zdecydowanym, (np. dwa razy większym niż inne partie), wtedy najlepiej być samodzielnym, gdyż dostanie się niezłą premię, nieproporcjonalną do wielkości poparcia. Natomiast, gdy sondaże wykażą brak zdecydowanej przewagi, należy
wywołać sztuczne różnice przed, aby większa siła była po. Jest to wariant bardziej wyrafinowany i na dobrą sprawę znany zawodowcom przedmiotu, czytaj: cynicznym graczom politycznym (jak mawiał w 1968 roku tow. Wiesław), którzy dobrze wiedzą, jak manipulować publiką. Kisiel kwitował ten stan aforyzmem: "a publika łyka, łyka". W tym przypadku trzeba ogłosić społeczeństwu, czytaj: omamić je, że my mamy inny program, który uzdrowi Polskę, lepszy od towarzyszy, z których się wywodzimy, np. z lekka prawicowy lub odwrotnie, bardziej lewicowy. Zawsze "łyknie" się zwolenników, akurat obrażonych na dotychczasowych szefów swojej partii. "W końcu jestem lewicowcem, prawicowcem" (niepotrzebne skreślić) - pomyśli potencjalny wyborca. Nie będę głosował na wrogów ideologicznych, mam nowy wybór, wobec tego pójdę na te wybory. I o to chodzi, zacierają ręce gracze z towarzystwa, czytaj: partii. A Polska? Jaka Polska! No oczywiście, co dobre dla partii, to dobre dla Polski, przecież to proste, wypowiedzą się sejmowe, partyjne i telewizyjne głowy.
Desygnowanie swoich deputowanych do rządzenia w systemie,
"z jednego okręgu tylko jeden" stosują obywatele krajów uznawanych za czołówkę państw demokratycznych. Dla Amerykanów, Kanadyjczyków, Anglików, Francuzów, Australijczyków i jeszcze wielu innych nacji jest to system jedyny i oczywisty. W tych krajach można mówić, że
parlamenty skupiają najznakomitszych, a już na pewno takich, którym bezpośrednio obywatele dają mandat w swoich okręgach. Konkurencja w walce o zdobycie tego jednego mandatu powoduje wyłanianie najlepszych, jak w przypadku dobrego towaru w gospodarce rynkowej. W naturalny sposób system jednomandatowy wprowadza
odpowiedzialność posła przed obywatelami. Tak wybrani reprezentanci,
tworzą odmienną od naszych kategorię ludzi u władzy. Nie noszą oni w kieszeniach legitymacji partyjnych, a partie, których są zwolennikami to wolne ugrupowania obywateli wokół wspólnoty idei, potrzeb, tradycji, jakości i skuteczności rządzenia. Tak powstałe partie posiadają charakter obywatelski i nie mają nic wspólnego z naszym powszechnym rozumieniem znaczenia słowa "partia". Nie można wyrzucić z takiej partii za karę, nie padają słowa, typu "partia uważa", a pojęcie "dyscypliny partyjnej" jest w ogóle nieznane. Bowiem nie są to partie wodzowskie, oparte o hierarchie struktur zarządzania. Proszę zadać sobie pytania: czy znamy nazwisko I sekretarza, przewodniczącego - jakkolwiek by tę funkcję nazwać - Partii Republikańskiej czy Demokratycznej w USA? Jak wyglądają te aparaty, sekretariaty, zarządy, prezydia, podstawowe organizacje partyjne, koła, plena, zjazdy, biura polityczne w pionie i poziomie, które o wszystkich i wszystkim decydują? Nasuwa się od razu pytanie: czy należy utrzymywać w Polsce demokrację odgórną, partyjną, czy może powinniśmy kroczyć do wprowadzenia ludowładztwa oddolnego, obywatelskiego, w oparciu o dobrze sprawdzone wzory? Anglo-amerykańska demokracja to inny świat, nieznany Polakom, to inna filozofia rządzenia, gdzie wpływ obywateli na państwo jest realny. U nas władze partii, czyli skrzyknięta, przedsiębiorcza i mobilna mała grupa ludzi, często o prywatnym charakterze, wybierze Ci, Polaku tego, którego masz tylko legitymizować, głosując podczas wyborów. Nie ty wybierasz, tylko partia. Ona wie lepiej, dla Twojego dobra, bo Ty obywatelu mógłbyś się pomylić. Gdyby w Polsce Sejm zdecydował się na zmianę ordynacji wyborczej na klasyczną większościowa, to co wówczas stałoby się z całą
wierchuszką wszystkich partii? Na zasiłek? Przecież znaczącymi politykami zostawaliby tylko najlepsi, zdolni wygrywać w swoich jednomandatowych okręgach. A co z resztą? Jak przestaliby być grupą trzymającą władzę, to kto by chciał na nich łożyć? Toż to byłaby rewolucja polityczna? Nowa jakość demokratyczna! Już dość mieliśmy rewolucji w naszej historii, odezwą się głosy prezydentopodobne. Może później stworzymy IV Rzeczpospolitą. Jeszcze nie teraz.
Idę o zakład, że niskie notowania SLD doprowadzą do podziału i pączkowania lewicowych ugrupowań, a nie tylko prawicowych. Być może, ujrzymy kolejną modyfikację ordynacji i powrót do metody Sainte-Laguë przeliczania głosów (korzystniejsze dzielniki dla mniejszych ugrupowań). Na wprowadzenie jednomandatowego systemu wyborczego przez Sejm nie ma co liczyć, gdyż marksistowski aksjomat "byt określa świadomość" jest silniejszy dla posłów niż dobro Rzeczypospolitej.
Tworzenie władzy ludu opartej o większościowe wybory to proces w wymiarze historycznym. Niestety, w Sejmie brak jest ludzi, a zwłaszcza wśród kierownictw partyjnych, będących w stanie zrozumieć konsekwencje procesu historycznego, dopóki ten proces trwa.
Ale kto wie, może ten byt...?
Mariusz Wis
Ruch Obywatelski "Normalne Państwo"
Komentarz (0)