| Jaskółki wschodnie i zachodnie - artykuł Stanisława Michalkiewicza Wysłane poniedziałek, 17, listopada 2003 przez Krzysztof Pawlak |
Hej, gdzie te czasy, kiedy na łamach "Gazety Wyborczej" panował niepodzielnie optymistyczny empiryzm i racjonalizm? Na przykład w roku 1990 totalniacy z Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej w jednej chwili stali się socjaldemokratami, szermierzami tolerancji i wolności, szczególnie w sprawach obyczajowych. W obliczu takiej metamorfozy zginać się winno wszelkie kolano, więc jakże w takiej sytuacji odbierać im mienie "nagrabliennoje" w latach dobrego fartu? Jeśli już ktoś ma się tuczyć z kradzionego, to lepiej, żeby socjalnie bliscy socjaldemokraci niż jacyś źli faszyści, "horda ohydnych badylarzy, co o sanacji rządach marzy". Toteż "Gazeta Wyborcza" w tamtych czasach twardo stała na nieubłaganym gruncie ścisłego legalizmu i bezlitośnie wyszydzała wszelkie wzmianki o czerwonych pajęczynach oraz inne fantasmagorie lęgnące się z teorii spiskowych. Podobnie w roku 1992 postanowiła nie wierzyć w agentów i tajnych współpracowników Służby Bezpieczeństwa, przyczajonych w strukturach państwa i tworzących nieformalne grupy trzymające władzę. Nemezis dziejowa lekko ją za ten brak wiary wkrótce skarciła; tajnym współpracownikiem SB okazał się jeden z wziętych publicystów "GW", pan red. Lesław Maleszka, co to podobno pisał raporty z konwentykli u samego pana Jacka Kuronia! Jednak w 1992 roku "Gazeta" absolutnie nie wierzyła jeszcze w takie rzeczy i nieubłaganym palcem dźgała lustratorów w chore z nienawiści oczy. Jednak wiele racji jest w spostrzeżeniu Franciszka ks. de La Rochefoucauld, że łatwiej przeżyć śmierć ojca niż utratę ojcowizny. Kiedy Lew Rywin zażądał od pana red. Michnika 17,5 mln dolarów za uczynienie mu propozycji korupcyjnej, natychmiast okazało się, że Polska, a szczególnie sfery salonowe, aż roją się od spisków, które powinny zostać bezlitośnie powykrywane w interesie przejrzystości naszej młodej demokracji.