Publicystyka
Antysocjalistycznego Mazowsza
Dwie polemiki z wywodem Jakuba Kachniarza w dzienniku "Rzeczpospolita" nt. JOW - które zostały przesłane do redakcji dziennika Wysłane czwartek, 31, lipca 2003 przez Krzysztof Pawlak |
Do listu "Rz" 29.07.03 Nr 175
Główna przyczyna złaautor : Jakub Kachniarz, Warszawa
Autor listu przyjął za punkt widzenia (w odróżnieniu od horyzontu) tezę:
Główną przyczyną zła są rządy postkomunistówi przyjmując założenia:
1. Preferencje wyborców opublikowane w "Rz" 26.07.2003
2. Jednomandatowe okręgi wyborcze z dwoma turami głosowania
przeprowadził dowód, powołując się na wyliczenia, bez podania ich źródła i sposobu ich przeprowadzenia.
Wynikiem tak przeprowadzonego dowodu jest konkluzja o wzmocnieniu i przedłużeniu tych rządów.
Remedium na zło upatruje w upartym i odważnym kompromitowaniu lewicy, a efekty takiego rozwiązania problemu szacuje na parę lat.
Uznał ordynację większościową za mechanizm sprzyjający utrzymywaniu się zła.
1. Przeprowadzone rozumowanie pozostaje w rażącej sprzeczności metodologią naukową, która wymaga, aby eksperymenty, przeprowadzone przez innych badaczy w opisanych warunkach, dały ten sam rezultat.
Pominięto w nim zależności wynikające z wyników wyborów na wójtów, burmistrzów i prezydentów miast, a więc wpływ na preferencje wyborców, gdy głosują dokładnie na jedną osobę.
Pominięto wariant, że wybory odbędą się w jednej turze.
Sposób oszacowania wyników jest nieznany i nie ma możliwości oceny jego poprawności.
W tej sytuacji konkluzja autora o szkodliwości (moje określenie wniosków autora) wprowadzenia ordynacji większościowej jest bezpodstawna. Nie przytaczam oczywistych faktów, że zło przejawiało się w każdej rządzącej formacji. Zaś do wykrywania i karania przestępców jest wymiar sprawiedliwości a nie Sejm, partie polityczne czy obywatele.
Wprowadzenie ordynacji większościowej (JOW) jest zaledwie warunkiem koniecznym, ale daleko nie wystarczającym dla pełnego upodmiotowienia Narodu (Suwerena) i powstania społeczeństwa obywatelskiego
1. Stosowanie pełnego prawa wyborczego.
Obecna ordynacja pozostaje w sprzeczności z zasadami:
a) Komplementarności prawa. Istnieją tylko reguły wyboru, a pominięto (dlaczego?) reguły odwołania przedstawicieli przez wyborców. W obecnej ordynacji niezwykle trudno byłoby ustalić reguły odwołania przedstawiciela.
b) Bezpośredniości. Stosowanie metod przeliczania głosów powoduje, że wybrane zostają osoby, które uzyskały niewielką liczbę głosów, a osoby które uzyskały ich znacznie więcej - nie zostają wybrane.
c) Równości. Stosowane progi wyborcze (5%, 8%) powodują, że głosy oddane na kandydatów z wyższym progiem są "mniej warte" (potrzeba ich więcej niż dla kandydata z niższym progiem).
d) Proporcjonalności. Zasadę tą można odnieść do liczby mandatów przypadających na określoną grupę wyborców. W odniesieniu do liczby otrzymanych głosów trudno ją zinterpretować.
e) Konstytucyjnej równości obywateli. W sposób nieuzasadniony uprzywilejowane są w konstytucji partie polityczne w stosunku do komitetów wyborczych obywateli.
2. Rozliczenie przedstawiciela przez wyborców, wg określonych reguł, w każdej chwili sprawowania mandatu. Spowoduje to, że przedstawiciel będzie reprezentował interesy wyborców, a wyborcy, mając wpływ na działanie przedstawiciela - zwiększą swoją aktywność. Obecna mała frekwencja wyborcza jest związana z brakiem jakiegokolwiek wpływu na działalność przedstawiciela.
3. Możliwość rozliczenia przedstawiciela z jego pracy spowoduje, że przestaną być aroganccy i traktować wyborców jak "przypadkowe społeczeństwo", niedojrzałe do samodzielności.
"(...) Powinniśmy narzucić im (politykom [moje]) własną doktrynę. Doktrynę ograniczonego zaufania wobec ludzi sprawujących publiczne funkcje i urzędy. Musimy im uświadomić, że w polityce nie działa humanitarna zasada prawa karnego: każdy jest niewinny do czasu udowodnienia mu winy. Polityk, grzejący się w blasku zaszczytów i władzy za nasze pieniądze, musi nieustannie udowadniać swoją prawość i rzetelność. Jakakolwiek wątpliwość przemawia przeciwko niemu. Polityków mamy mnóstwo, można w nich wybierać i przebierać. Nie wstydźmy się - i nie leńmy - z tego korzystać. Cień wątpliwości niech kasuje karierę i odsuwa na bok człowieka. My mu nie musimy niczego dowodzić. To on ma nas nieustannie przekonywać, że jest w porządku".
(Tadeusz Jacewicz "Teraz trzeba mówić", "Dziennik Polski" 2001.05.11 dział: MAGAZYN, cotygodniowy felieton: "Z bliska")
A to są najkrócej opisane prawa Narodu i demokratycznego państwa:
"(...) Uważamy następujące prawdy za oczywiste: że wszyscy ludzie stworzeni są równymi, że Stwórca obdarzył ich pewnymi nienaruszalnymi prawami, że w skład tych praw wchodzi życie, wolność i swoboda ubiegania się o szczęście, że celem zabezpieczenia tych praw wyłonione zostały wśród ludzi rządy, których sprawiedliwa władza wywodzi się ze zgody rządzonych, że jeżeli kiedykolwiek jakakolwiek forma rządu uniemożliwiałaby osiągnięcie tych celów, to naród ma prawo taki rząd zmienić lub obalić i powołać nowy, którego podwalinami będą takie zasady i taka organizacja władzy, jakie wydadzą się narodowi najbardziej sprzyjające dla szczęścia i bezpieczeństwa. Roztropność, rzecz jasna, będzie dyktowała, że rządu trwałego nie należy zmieniać dla przyczyn błahych i przemijających, doświadczenie zaś wykazało też, że ludzie wolą raczej ścierpieć wszelkie zło, które jest do zniesienia, aniżeli prostować swoje ścieżki przez unicestwienie form, do których są przyzwyczajeni. (...)".
Andrzej Łączny, Kraków
Czy to już początek końca?Demokracja to władza ludu i jako taka jest jedynym systemem umożliwiającym realny wpływ społeczeństwa na warunki, w jakich chce ono egzystować, na to, czy chce się ono rozwijać, czy też pozostawać w stagnacji. Z tego punktu widzenia wydaje się być ustrojem niemal idealnym. Muszą jednak zostać spełnione dwa podstawowe warunki, aby system ten mógł sprawnie funkcjonować. Po pierwsze, społeczeństwo musi być zdrowe. Po drugie, trzeba mu zagwarantować prawdziwą reprezentowalność w strukturach władzy. Gdy diagnoza społeczeństwa jest negatywna, lepiej dla niego, aby nie korzystało z dobrodziejstw demokracji, ale było zamknięte w formie dyktatury odpowiedniego stopnia. Jeśli społeczeństwo nie cierpi na poważne choroby, ale nie ma rzeczywistego wpływu na decyzje podejmowane na najwyższym szczeblu, może przez nie bardzo łatwo zostać w chorobę wpędzone.
Postarajmy się najpierw przyjrzeć nam samym. Nie przez pryzmat tego, co starają się przekazać nam media, lecz poprzez bezpośrednie kontakty i rozmowy z naszymi bliskimi, czy też komentarze umieszczane przez czytelników pod informacjami w różnego rodzaju portalach internetowych.
Przede wszystkim - pomimo tego, iż bardzo często zdarzają się wypowiedzi skrajne i tendencyjne - nadal daje się w nas dostrzec bardzo dużo obiektywizmu. Niezależnie od opcji politycznej widzimy, że nasze państwo zżera korupcja. Niewydolny system sprawiedliwości tylko pozwala jej kwitnąć. To prawda, że wielu z nas woła o jej zwalczanie, a w małych, prywatnych sprawach często nie waha się przed wręczeniem różnego rodzaju upominków, ułatwiających podjęcie takiej, a nie innej decyzji przez osobę, od której jesteśmy zależni. Robiąc to, mamy poczucie, że to nie jest w porządku i wolelibyśmy, aby takiej potrzeby nie było. Za zaistniałą sytuację obarczamy winą nie siebie, ale struktury państwa.
I właściwie mamy do tego prawo. Kilka wieków bez państwowości - ostatni zaś zdominowany przez wojny i system narzucony z zewnątrz. Przynajmniej kilka pokoleń Polaków nie miało żadnego wpływu na kształt państwa, w którym przyszło im żyć. Również i po roku 1989 struktury państwa wykreowanie zostały nie w wyniku umowy ogólnospołecznej, a jedynie w wyniku rozmów między ówczesna władzą, a ówczesną opozycją. Okrągły Stół nie był przecież stołem, przy którym zasiedli wszyscy czy nawet większość Polaków.
I choć na pierwszy rzut oka może to wyglądać na chorobę, to przy dokładnej analizie okazuje się, że jest to oznaką jak najlepszego zdrowia. Społeczeństwo po prostu utwierdza się samo w sobie - w tym, że jest z nim jak najlepiej, a to co jest złe i co trzeba naprawić - to nie ono samo, ale struktury, w które je zamknięto. Lecz czy aby nie jest to diagnoza na wyrost? Aby można było powiedzieć o społeczeństwie, że naprawdę jest zdrowe, musi ono przecież wykazywać zdolność samoregulacji i samoregeneracji.
Istnienie tych cech w społeczeństwie polskim można uzasadnić historycznie, bo przecież nadal trwamy - mimo wielokrotnego zdominowania naszej państwowości przez siły zewnętrzne. Jest jednak i coś więcej. Samoregulacja i samoregeneracja społeczeństwa jest bardzo dobrze widoczna w oddolnych inicjatywach podejmowanych tu i teraz. Nie jest niczym dziwnym, że zwykle nie można się o nich dowiedzieć z pierwszych stron czy też z głównych wydań dzienników, również tych telewizyjnych. Media to przecież także w pewnym stopniu struktury państwowe i jako takie łatwo mogą ulec rozregulowaniu, czego symptomy widać choćby w aferze Rywina. Natrafić może jednak na nie uważny internauta.
Polska Partia Internetowa,
Polskie Nowe Milenium czy
Ruch na Rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych to tylko kilka z nich. Różnią się one sposobem realizacji zagadnienia i skutecznością działania, ale łączy je jeden cel: chęć naprawy rozregulowanej państwowości. Wszystkie one opierają się na jednym, fundamentalnym założeniu. Zdrowe społeczeństwo może skutecznie zreformować struktury państwowe tylko wtedy, gdy da mu się możliwość wykorzystania potencjału drzemiącego w demokracji bezpośredniej - takiej, w której ludzie mają rzeczywisty wpływ na stanowione prawo i swoich przedstawicieli, którzy wybierani są nie po to, aby manipulować społeczeństwem, ale aby mu służyć. Zdecydowanie najdalej w realizacji tego celu posunął się najstarszy z nich, Ruch na Rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych, który prawie miesiąc temu zorganizował kampanię informacyjną pod hasłem "Marszu na Warszawę". Głównym jej celem było przekonanie opinii publicznej o potrzebie zmiany obowiązującej ordynacji wyborczej do Parlamentu poprzez wprowadzenie jednomandatowych okręgów wyborczych i zebranie odpowiedniej liczby podpisów pod wnioskiem o przeprowadzenie w tej sprawie ogólnopolskiego referendum.
Chwilowo oddźwięk ogólnopolski tych akcji nie jest wystarczający. Powoli jednak w wypowiedziach polityków widać lekkie zaniepokojenie próbami przywołania ich do porządku i pokazania im przez społeczeństwo właściwej dla nich roli w strukturach państwa. Niepokoić powinien ich również przykład idący z tak dla nas naturalnego przecież ostatnio kierunku. Po 82 latach, po raz kolejny w USA odbędzie się głosowanie nad usunięciem ze stanowiska urzędującego gubernatora stanowego. Poprzednio, w roku 1921, fotel gubernatora Północnej Dakoty stracił Lynn J. Frazier. Obecnie społeczeństwo kalifornijskie, zaledwie w kilka miesięcy po ostatnich wyborach, zdecydowało się przeprowadzić głosowanie w sprawie odwołania gubernatora Gray’a Davisa. Powody bardzo ważne z punktu widzenia obywatela, wyborcy i podatnika. Uprawianie "kreatywnej księgowości" w stylu Enrona spowodowało, że budżet stanowy znalazł się na skraju bankructwa. Podczas obecnych rządów nadwyżka budżetowa przeistoczyła się w prawie 35-miliardowy (w dolarach amerykańskich) deficyt - większy niż wszystkich pozostałych stanów razem wziętych. Po drugie, w kampanii wyborczej Davis obiecywał, że nie podniesie podatków, podczas gdy obecnie stara się przeforsować projekt wyciągnięcia z kieszeni podatników ponad 8 miliardów USD. Ostatecznie wyborcy uważają, że w ostatniej kampanii wyborczej Davis wprowadził ich w błąd, prezentując niedoszacowany deficyt, niedoszacowane wydatki budżetowe i ukrywając przed nimi prawdziwą sytuację ekonomiczną. Pod wnioskiem o przeprowadzenie ponownych wyborów zebrano około 1,6 miliona podpisów, choć według prawa kalifornijskiego wystarczającym jest, iż podpisałoby się pod nim jedynie 12% wyborców głosujących na Davisa w poprzednich wyborach, czyli według wyliczeń - około 900 tysięcy osób.
My takiego prawa dla siebie samych w naszej własnej Konstytucji jeszcze nie wywalczyliśmy. Ale to tylko kwestia czasu. Współczesny demokrata, niezależny w swoich poglądach od konkretnych źródeł informacji, mający do nich swobodny dostęp za pośrednictwem kanałów elektronicznych, nie powinien być osobą bierną i bezwolną, nie powinien pozwalać sobą manipulować. Powinien oczekiwać od rządu, aby zarządzał państwem, a nie rządził społeczeństwem.
Obecnie zdaje sobie z tego sprawę jedynie część Polaków, lecz jeśli te idee znajdą rezonans w całym społeczeństwie - to będziemy mogli powiedzieć, że nadszedł koniec naszego fizycznego i umysłowego zniewolenia. W walce o wolność nasi przodkowie przelewali własną krew. My natomiast jesteśmy w sytuacji nieomal komfortowej, bo aby dokończyć dzieła - musimy tylko wykorzystać siły, jakie drzemią w demokracji.
Adrian R. Jaszewski
Komentarz (0)