Publicystyka
Antysocjalistycznego Mazowsza
| Geradeaus - artykuł Stanisława Michalkiewicza Wysłane poniedziałek, 23, czerwca 2003 przez Krzysztof Pawlak |
Sieg Heil! Heil..., no jeszcze nie wiadomo kto, bo konstytucja Unii Europejskiej dopiero jest w przygotowaniu, ale jakieś nazwisko bez wątpienia wkrótce się pojawi. Zresztą i bez tego "w Kremlu radość, Berlin huczy, w lożach triumf, syczą płazy...". Następca Stanisława Augusta Poniatowskiego, lokator Pałacu Namiestnikowskiego, pan Kwaśniewski, aż kicał z radości i nawet ucałował pana Mazowieckiego, jak kiedyś Leonid Breżniew Ericha Honneckera. Brrr! Fu! Warto odnotować, że cieszono się osobno. U lokatora Pałacu Namiestnikowskiego grono było dobrane, niczym w korcu maku: i pan Mazowiecki, i pan Borowski, i pan Balazs, i pan Rakowski, a nawet pan Leszek Moczulski. Były również damy: pani Thun, pani Fogler... Widać wyraźnie, że dla propagowania
Anschlussu zostały zmobilizowane wszystkie, nawet najgłębsze rezerwy kadrowe, no bo w mediach oficerowie fołksfrontu ideologicznego nawet nie ukrywali faktu zaangażowania. Jeśli już coś ukrywali, to co najwyżej honoraria, no i oczywiście aktualne przydziały, bo to tajemnica służbowa i porządek musi być. Naturalnie wszędzie radość wielka, bo dopiero teraz posypią się gratyfikacje i awanse. Obecność w Pałacu Namiestnikowskim pana red. Michnika oznacza, że dzisiaj Judejczykowie stawiają raczej na pana Kwaśniewskiego. Z kolei pan Miller ze swoimi zwolennikami radował się perspektywą podwójnego obywatelstwa w siedzibie tubylczej administracji. Że to niby teraz będą i w tubylczej Rzeczypospolitej, i w Unii Europejskiej. Dokładnie tak samo, jak za nieboszczyka Związku Radzieckiego, tylko że wtedy Rzeczpospolita była Ludowa.
Ostentacyjna radość pana Millera oznacza, że będzie dyskontował rezultat referendum w politycznej rozgrywce z... chciałem napisać, że z panem Kwaśniewskim, ale to byłaby zaledwie powierzchnia zjawiska. Rzecz w tym, że pan Kwaśniewski zapowiedział "konsultacje polityczne" z partiami popierającymi
Anschluss, żeby stworzyć większość parlamentarną, która "poparłaby reformy i przygotowała kraj do Unii Europejskiej". Ta formuła stawia uczestników tych konsultacji poniekąd pod ścianą: skoro już poparli
Anschluss, to jakże nie poprą teraz "reform" i "przygotowania kraju" do
Anschlussu? Jasne, że będą musieli poprzeć, bo nie bardzo mają alternatywę. Alternatywą jest bowiem to, że znienawidzony Miller nie tylko poobsadza wszystkie posady w Brukseli, ale w dodatku deleguje swoich na te dodatkowe 100 tysięcy, które Romano Prodi kazał utworzyć w kraju! Jeśli zatem przyjmą propozycje pana Kwaśniewskiego, to z całym bagażem, w postaci lokatora Pałacu Namiestnikowskiego w charakterze politycznego mentora owej "większości". W ten oto sposób przynęta w postaci
Anschlussu może posłużyć do schwytania w polityczną pułapkę solidarnościowej resztówki, która odtąd będzie mogła albo przystać do "Chamów", których dzisiaj personifikuje pan Miller - albo do "Żydów", na przywódcę których wysuwa się pan Kwaśniewski. Już dawno pozwoliłem sobie zwrócić uwagę, że błąd z roku 1989, kiedy to nie dopięto politycznej sceny na wszystkie guziki od strony bezpieczniackiej, tym razem się nie powtórzy. Każdemu będzie wskazane jego miejsce w szyku. Szyki będą wprawdzie dwa, ale to tylko dla publiczności, żeby myślała, że ma jakiś wybór, bo tak naprawdę wszystkim będzie po staremu kierować partia. Więc jeśli na przykład pan Kaczyński weźmie udział w "większości", żeby "poprzeć reformy", to będzie oczywiście mógł oddać się swemu ulubionemu zajęciu, czyli walce z korupcją, ale w porozumieniu z panem Balazsem i oczywiście panem Piskorskim. Pan Rokita z kolei i pan Tusk będą mogli odsuwać pana Millera od władzy, ale tylko wtedy i tak daleko, jak im pozwoli pan Kwaśniewski.
Pierwszą reformą, jaką zapowiedziano w obydwu szykach, jest reforma finansów publicznych. To jasne, bo przecież na przyszły rok trzeba wycisnąć z obywateli forsę na składkę do Brukseli, no i sfinansowanie tych 100 tysięcy posad, które kazał utworzyć dla europejsów pan Romano Prodi. Pan Kwaśniewski powiedział, że plan pana Kołodki "w zasadzie" mu się podoba, ale należałoby pójść "jeszcze dalej". No pewnie! Jeśli już rabować obywateli, to na całego, bez niepotrzebnych ceregieli. Unia Europejska to przedsięwzięcie tak doniosłe, że nikomu nie może zadrżeć ręka, tak, jak na Ukrainie w latach 30. ub. wieku. Tym bardziej, że Berlin patrzy i przy każdym nazwisku stawia plusy dodatnie albo ujemne.
Widzimy zatem, że stoimy w obliczu okupacji, która może przeciągnąć się nawet kilkadziesiąt lat. Na tak długo musi wystarczyć nam ten łyk powietrza, który udało nam się złapać w krótkim przebłysku wolności. Na tę okupację musimy też przygotować się od strony ekonomicznej, w poczuciu odpowiedzialności za własne rodziny, przedsiębiorstwa i gospodarcze fundamenty egzystencji narodu. Im mniej dostają okupanci, tym więcej zatrzymuje naród - to rozumie każdy, bo tak przemawia nieomylny instynkt samozachowawczy. Oczywiście teraz będziemy poddawani obróbce propagandowej w stylu "arbeit macht frei", której każdy będzie musiał przeciwstawić własne mechanizmy odpornościowe i własną pomysłowość, bo - podobnie jak w latach 40. i 50. XX wieku - nie będzie można liczyć na żadną pomoc, również ze strony Kościoła. On może zostać zoperowany w pierwszej kolejności, żeby pozbawić nas wszelkiego oparcia i wszelkiej nadziei. Już słyszymy, że trzeba "wziąć się do pracy". Jasne; zwłaszcza do nauki języków, chociaż nie wszyscy tego samego. Na przykład, na Ziemiach Zachodnich i Północnych warto pouczyć się niemieckiego, natomiast w Kongresówce i w Galicji - albo jidysz, albo hebrajskiego, w zależności od tego, czy wśród Judejczyków zwycięży linia bundowska, czy syjonistyczna.
Kiedy ogłoszono szacunkowe wyniki referendum, na placu Teatralnym w Warszawie grupa przebierańców odśpiewała po niemiecku triumfalną pieśń. Trudno było zrozumieć, czy to "Die Strasse frei", "Horst Wessel", czy "Deutschland, Deutschland über alles", bo słowa były podobne, tylko melodia jakaś taka inna.
Stanisław Michalkiewicz
Komentarz (1)