Publicystyka
Antysocjalistycznego Mazowsza
| Paszkwil na sondaże - artykuł prof. MICHAŁA WOJCIECHOWSKIEGO Wysłane poniedziałek, 3, marca 2003 przez Krzysztof Pawlak |
Wadliwe sondaże wyborcze zamiast badać rzeczywiste preferencje, kształtują je
Sondaże opinii publicznej w sprawach politycznych nieraz dawały wyniki częściowo błędne. Niektóre błędy powtarzały się w wielu sondażach. W 1991 r. przedwyborcze wyniki sondażowe UD sięgały 25 proc. - w wyborach uzyskała połowę. W 1993 r. sondaże obiecywały UW do 20 proc. - faktycznie wyszło 10,5 proc. Co więcej, w sondażach powyborczych analogicznie zawyżony odsetek badanych potrafił wtedy podać, że na tę partię głosował! Zbyt wysokie były też sondażowe szacunki co do BBWR i KLD. Wyniki wyborcze partii prawicowych okazały się natomiast sporo lepsze niż w sondażach (Wyborcza Akcja Katolicka, PC, UPR); nieco lepiej wypadły też SLD i PSL. A sytuacja przed tymi wyborami - rozdrobnienie prawicy - była dość podobna do obecnej.
Byliśmy także świadkami porażki przewidywań sondażowych przy referendum konstytucyjnym w 1997 r., a więc przy problemie dużo mniej skomplikowanym niż wybory do parlamentu. Sondaże, o jakich czytałem, przeważnie dawały wyniki wskazujące na poparcie dla konstytucji rzędu 60 proc., dużo mniej przeciwników (15 proc.) i sporo niezdecydowanych. Tymczasem konstytucja przeszła stosunkiem 54 procent do 46. Masowy sondaż przy samych urnach, który zdaniem socjologów powinien wskazać wynik z dokładnością do ułamka procentu, zawyżył odstęp między zwolennikami a przeciwnikami o 6 punktów procentowych wobec wyników faktycznych!
Problem ten nie jest specyficznie polski. Sondaże w USA długo zawyżały poparcie dla Clintona. Natomiast w wyborach parlamentarnych we Francji centroprawicy zdarzyło się wypaść sporo gorzej, niż oczekiwała na podstawie sondaży. Dlaczego? Jakość sondaży wbrew nadziejom pozostaje niepewna. Nasuwa się wyjaśnienie, że ankietowani nie przyznają się do tych swoich poglądów, które są sprzeczne z głosem mediów, grup aktualnie rządzących, osób przedstawianych jako autorytety. Wstydzą się popierania czegoś "niepopularnego". Sondaże konstytucyjne wskazały, że ta tendencja może się nasilać.
Badający opinię też nie są bez winy, choć nie posądzam ich o manipulację mającą na celu poparcie lub osłabienie wybranych partii. Istotniejsze jest znane socjologom zjawisko polegające na tym, że ankieterzy wpływają na pytanych.
Wynik ankiety dość często lokuje się więc gdzieś między poglądami badanych a ankietujących. Badany dąży instynktownie do podania odpowiedzi chcianej przez pytającego. A przecież socjologowie i ankieterzy nie są statystyczną reprezentacją społeczeństwa!
Efektownym przykładem były badania religijności w PRL. Socjologowie z katolickiego uniwersytetu odkrywali 96 proc. wierzących, z radia od 87 do 93 proc., z PZPR poniżej 80 proc. Jeśli ankieter miał wygląd inteligencki, w jego badaniach rosły odpowiedzi popierające UW, bo taki był stereotyp. Podobnie się działo, jeżeli (choćby przez uśmiech czy ruch brwi) zdradzał badanym własne poglądy.
Do tego dochodzą problemy bardziej techniczne. Czasem pytanie w ankiecie sugeruje odpowiedź, np. przez ograniczanie listy partii do wyboru do największych. Czy grupa tysiącosobowa jest dość reprezentatywna? Spora część badanych nie ma zdania, a to de facto zmniejsza próbę. Jeśli ankieter wybiera osobę do przebadania, częściej niż powinien trafi na kogoś o poglądach podobnych do własnych. Gdyby losować adresy, do próbki nie trafią nieobecni lub niechcący się wypowiadać, a grupy te wcale nie mają takich samych poglądów jak pozostali. Z tego rodzaju przyczyn nawet ankiety prowadzone w podobnym czasie i podobną metodą mogą dać wyniki rozbieżne.
W walce przedwyborczej może wystąpić podawanie wyników fałszywych. Jest bardzo prawdopodobne, że w 1993 r. podanie (wbrew prawu) w przeddzień wyborów w gazecie, że PC nie ma szans, ściągnęło tę partię poniżej progu. Publikujący sondaże mogą więc skutecznie zmienić wyniki głosowania, a tym samym dokonać groźnego, a bezkarnego zamachu na demokrację. Coś takiego może zdarzyć się i w tym roku.
Manipulacjom podlegają też sposoby podawania wyników ankiet. Gdy partia źle widziana przez daną gazetę uzyskała w jakiejś ankiecie wynik 2 proc., wynik będzie podany. Gdy uzyska prawie 5 proc., napiszą: "inne partie były poniżej progu" (ledwo to napisałem, dowiaduję się, że telewizja "publiczna" coś takiego zrobiła).
Wyniki sondaży przedwyborczych odbiegałyby jeszcze bardziej od prawdy, gdyby nie to, że samo ich opublikowanie wpływa na sposób głosowania. Zwolennicy partii mniejszej w części boją się na nią głosować, wybierają inną lub zostają w domu. Tu mamy do czynienia z wyraźną, choć niekoniecznie zamierzoną manipulacją. Wynika bowiem z samej natury sondaży, że ich ogłaszanie pomaga partiom większym.
Badacze opinii publicznej mogą, czytając takie wyniki wyborcze, poprawić swoje samopoczucie zamiast metod. Tymczasem zamiast ustalić faktyczne preferencje wyborców, namówili pewną ich grupę do głosowania niezgodnie z przekonaniem. Partie większe i ich zwolennicy też będą popularyzować instytucję sondaży i bronić ich wiarygodności.
Trudno dokładniej ocenić zniekształcenia wyników wynikłe z nacisku sondaży. Pewne jest jednak, że argument sondażowy będzie wkrótce używany: za jego pomocą SLD może odciągać od PSL, AWSP od Kaczyńskich, PO od UW (nosił wilk razy kilka...; wyniki UW w prawyborach w Nysie spadły do ok. 2,5 proc., znów dwa razy niżej niż w sondażach, więc jej wyborcy mają powód się przestraszyć; szansę mają raczej tylko jej kandydaci do Senatu). Skutków tej metody uniknie UP, przez sojusz z SLD, oraz UPR, gdyż ma mieć kandydatów na końcu list PO; kosztem jest tu natomiast mniejsza widoczność tych ugrupowań. Łącznie, jak sądzę, partie prawej połowy wypadną nieco lepiej niż w sondażach, gdyż tak dawniej bywało, a ponadto "niezdecydowani" to stosunkowo częściej wyborcy prawicy, którzy jeszcze nie wybrali partii.
Autor jest teologiem świeckim, profesorem Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie i Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie. Wydał m.in. zbiór publicystyki "Wiara - cywilizacja - polityka".
W latach 1999-2000 był I prezesem Okręgu Mazowieckiego UPRArtykuł pierwotnie ukazał się w wydaniu
dziennika Rzeczpospolita z dn. 01.08.2001 r. w czasie przygotowań do kampanii przedwyborczej do polskiego parlamentu.