Publicystyka
Antysocjalistycznego Mazowsza
| Zagrożony Instytut - artykuł Tadeusza M. Płużańskiego Wysłane sobota, 8, lutego 2003 przez Krzysztof Pawlak |
SLD zamierza zlikwidować Główną Komisję Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu. Jest to wstęp do rozwiązania całego Instytutu Pamięci Narodowej i przywrócenia kłamliwej historii, przedstawianej w PRL-u.Przypomnijmy najważniejsze fakty, które doprowadziły do powstania IPN. Wskutek trwających prawie rok politycznych sporów Instytut powstał dopiero w czerwcu 2000 r., razem z wyborem jego prezesa - prof. Leona Kieresa. Od tej decyzji bowiem uzależniono rozpoczęcie działalności przez nową placówkę. W trakcie żmudnych prac nad ustawą o Instytucie Pamięci Narodowej proponowano, aby jego poprzedniczka - Główna Komisji Badania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu prowadziła śledztwa do dnia złożenia ślubowania przez prezesa Instytutu. Senat, a po nim Sejm, uznał jednak, że nie mogą obowiązywać równocześnie dwie ustawy, gdyż byłby to nieznany polskiemu prawu precedens. Przyjęto zapis, że w momencie wejścia w życie ustawy o IPN traci moc poprzednia ustawa o Głównej Komisji. Postawiona w stan likwidacji Komisja nie mogła prowadzić żadnych śledztw dotyczących zbrodni hitlerowskich i komunistycznych.
STATUS QUOFakt, iż Instytut tak długo nie mógł powstać, kompromitował Polskę, gdyż podobne instytucje od dawna działały już w innych krajach Europy Środkowo-Wschodniej. Nasz kraj nie był obecny w międzynarodowych gremiach, które zajmują się ściganiem winnych zbrodni i ich ekstradycją.
Do wyboru prezesa IPN trzeba było upadku koalicji Akcji Wyborczej „Solidarność” i Unii Wolności. Ciekawa była przy tym postawa SLD, którego parlamentarzyści nie byli przeciw kandydaturze prof. Kieresa, ale - wbrew wcześniejszej praktyce - wstrzymali się od głosu. Nie chodziło oczywiście o to, że idea rozliczenia hitlerowskich, a szczególnie komunistycznych zbrodniarzy i ujawnienia teczek służb specjalnych PRL była w szeregach postkomunistów aż tak popularna. Po prostu Leon Kieres (profesor prawa Uniwersytetu Wrocławskiego, członek „Solidarności” od początku jej istnienia, nie należał do PZPR, związany zarówno z AW„S” i UW) w przeciwieństwie do innych, zgłoszonych na to stanowisko przez koalicjantów kandydatów, gwarantował wszystkim głównym partiom politycznym status quo. Sojusz nie sprzeciwiał się jego kandydaturze, ale po raz kolejny wyraził dezaprobatę wobec samej koncepcji Instytutu.
PLANOWANA NOWELAPrzed wyborem na stanowisko profesor Kieres wielokrotnie wyrażał swoje wątpliwości wobec lustracji, nie był - jak twierdził - ani jej przeciwnikiem, ani entuzjastą. Podobne stanowisko zajmował w kwestii ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej. Nie był przekonany, kogo należy uznać za pokrzywdzonego przez służby specjalne PRL, kto powinien mieć dostęp do teczek i jakie będą skutki ich udostępniania - czy nie spowoduje to nowych ludzkich dramatów.
A co prof. Kieres sądził o projektach nowelizacji ustawy o IPN? W czerwcu 2000 r. nie chciał o tym mówić, ale wcześniej nie miał na ten temat sprecyzowanego zdania.
Taką postawę SLD gotów był zaakceptować. Od początku mówił o konieczności nowelizacji ustawy. Postkomuniści domagali się udostępnienia teczek nie tylko poszkodowanym, ale „wszystkim obywatelom”, czyli również dawnym SB-ekom (to samo proponował również prezydent Kwaśniewski), jak również odłączenia od Instytutu Komisji Ścigania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu.
W pierwszej kwestii chodziło w praktyce o zablokowanie dostępu do akt UB i SB, tak aby nigdy nie ujrzały one światła dziennego. W drugiej istniał plan, aby poddać Komisję kontroli prokuratora generalnego - czyli kontroli ściśle politycznej, co przeczy publicznemu charakterowi placówki. SLD-owcy wiedzieli, że w chwili dojścia do władzy (co mogli łatwo przewidzieć), wspierani przez środowisko „Gazety Wyborczej”, utrącą łeb „niepopularnym” sprawom, np. ściganiu Michnika, Morela i Wolińskiej, czy żyjących w Polsce komunistycznych oprawców.
Wiadomo było, że w nowym parlamencie Sojusz (wydawało się, że razem z popierającą takie rozwiązanie Unią Wolności, ale ta nie przekroczyła nawet wyborczego progu, skazując się na polityczny niebyt) będzie starał się przeforsować takie rozwiązania. Taki moment właśnie nadszedł, z tą różnicą, że postkomuniści chcą w ogóle skasować Główną Komisję Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu.
NOWE PIEKŁO?Tzw. partia lustracyjna (SLD-PSL), do społu z UW i jej prasowym ramieniem - „Gazetą Wyborczą” z żelazną konsekwencją robiły wszystko, aby Instytut Pamięci Narodowej - ten obcy okrągłostołowej idei twór w ogóle nie powstał, szczególnie biorąc pod uwagę jego szerokie kompetencje w dokumentowaniu i ściganiu zbrodni komunistycznych.
Wbrew środowiskom przeciwnym rozliczaniu przeszłości, a zgodnie ze zdrowym rozsądkiem powołanie Instytutu zakończyło jednak polityczną walkę wokół teczek. Ustawa o IPN precyzyjnie określiła, kto w świetle jej zapisów jest poszkodowany przez służby specjalne PRL, a kto nie. Jednak prawdziwa walka dopiero się rozpocznie. Od dłuższego czasu pojawiały się bowiem głosy, że otwarcie teczek wywoła nowe piekło w Polsce i dlatego nie można do tego dopuścić. Równie nonsensowne twierdzenia można było usłyszeć w związku ze zbrodnią katyńską - jej ujawnienie, a dokładniej mówiąc: potwierdzenie tego, o czym wszyscy wiedzieliśmy, miało wywołać konflikt polsko-rosyjski o nieodwracalnych skutkach. Okazało się jednak, że nie zwiększyło to antyrosyjskich nastrojów i ludzie nie wyszli na ulice. Używając podobnej retoryki tzw. postępowe kręgi przestrzegały przed ustawą lustracyjną. Mimo apokaliptycznych wizji nowego potopu, wojny na górze i na dole, Polacy nie dali się podzielić, a lustracja przynosi jakże oczekiwane oczyszczenie życia politycznego (winni są napiętnowani, a niesłusznie posądzeni mogą odeprzeć zarzuty). Okazało się też, że otwarcie teczek nie pogłębiło konfliktów, a wręcz przeciwnie - złagodziło je. Ustawa o IPN nie wzywa bowiem do zemsty, ale daje szansę wyjaśnienia wielu faktów z naszej najnowszej historii, wymazania białych plam. Należy pamiętać, że każdy Polak, prócz prawa do wolności i własności, posiada również prawo do pamięci, prawo do znajomości tego, co jest w archiwach.
CZAS I PIENIĄDZENajważniejsze było jednak to, że Instytut Pamięci Narodowej wreszcie powstał. Kiedy w styczniu 1999 r. Główna Komisja Badania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu została postawiona w stan likwidacji, zawieszono 105 śledztw w sprawach zbrodni nazistowskich i aż 560 w sprawach zbrodni stalinowskich. Zgromadzono opisy 3600 wyroków śmierci, jakie zapadły w latach 1944-56 (wiele z nich nosiło znamiona mordów sądowych). Mimo upływu czasu należało mieć nadzieję, że chociaż część zbrodniarzy stanie przed sądem III RP.
Należało również ufać, że wystarczy pieniędzy na IPN. W budżecie 2000 r. przeznaczono na ten cel ponad 78 mln zł. Specjaliści zwracali jednak uwagę, że taka suma wystarczy jedynie na rozruch, czyli zorganizowanie 10 oddziałów Instytutu i przetransportowanie doń niezbędnych dokumentów. Kiedy SLD doszedł do władzy, było już tylko gorzej. Co roku postkomuniści obcinali pieniądze niezbędne dla efektywnej działalności placówki.
WYJAŚNIĆ ZBRODNIEDzięki powołaniu Głównej Komisji Ścigania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu pokrzywdzony miał nie tylko uzyskać prawo zapoznania się z dokumentami zbieranymi na niego przez UB i SB, ale po zwróceniu się do Komisji mógł również poznać sprawców wyrządzonego mu zła i wystąpić o ich ściganie. Prócz wznowienia zawieszonych przez dawną Komisję śledztw, prowadzone są nowe - np. sprawa odpowiedzialnych za zabójstwo ks. Jerzego Popiełuszki, strzelania do robotników na Wybrzeżu w 1970 r., w kopalni „Wujek” czy okoliczności wprowadzenia stanu wojennego. Prokuratorzy Instytutu zyskali również prawo prowadzenia śledztw od początku do końca (wcześniej byli uzależnieni od przeciągających się procedur w sądach powszechnych) i formułowania własnych aktów oskarżenia. Wyjaśnienie tych spraw stoi jednak pod wielkim znakiem zapytania.
Przeciwnikom Instytutu chodzi właśnie o to, aby w kraju, w którym czyta się coraz mniej książek, IPN skupił się na działalności edytorskiej, organizacji wystaw, sesji naukowych, aby zrobić z niego wyłącznie placówkę naukowo-badawczą, a w przyszłości zlikwidować.
TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI