Publicystyka
Antysocjalistycznego Mazowsza
| Historię swoją piszmy sami - artykuł prof. Jerzego Przystawy Wysłane sobota, 8, lutego 2003 przez Krzysztof Pawlak |

W sobotnio-niedzielnym dodatku „Rzeczpospolitej” (Plus Minus) („Rzeczpospolita” z 1-2 lutego 2003 r.), Maciej Rosalak w felietonie zatytułowanym "W lawinisku" napisał:
"(...) Coraz głośniej słychać żądanie sanacji całego systemu budowy nowej Rzeczypospolitej. Jak w 1926 roku. Tylko Marszałka brakuje już w Sulejówku. I nie ma co się tam oglądać. Bronią może okazać się na przykład spowodowanie ogólnonarodowego referendum w sprawie jednomandatowych okręgów wyborczych. Warto przypomnieć słowa: »Historię swoją piszcie sami. Bo inaczej napiszą ją za was inni i będzie źle. Józef Piłsudski«".
Rosalak słusznie przywołuje wydarzenia sprzed 77 lat, ponieważ zachodzi wiele analogii i podobieństw pomiędzy kryzysem tamtej wiosny a tym, co się dzieje dzisiaj. 19 kwietnia 1926 r. rząd Aleksandra Skrzyńskiego traci większość w Sejmie i podaje się do dymisji. Przez szereg tygodni nie można wyłonić nowego rządu. Przewija się cały kontredans polityków, którym prezydent Stanisław Wojciechowski proponuje tekę premiera: Wincenty Witos, Józef Chaciński, Zygmunt Marek, Władysław Grabski, znowu Witos. Wszystko to do niczego nie prowadzi. Sejm jest podzielony, żadna partia nie posiada większości, trwałe porozumienie koalicyjne okazuje się być niemożliwe. Tymczasem narastają problemy społeczne i gospodarcze, kraj potrzebuje stabilnego rządu jak kania dżdżu.
W tej sytuacji, 12 maja, wkracza z wojskiem Marszałek Piłsudski. Prezydent Wojciechowski, chcąc uniknąć wojny domowej, rezygnuje z urzędu. Piłsudski podejmuje próbę sanacji, uzdrowienia, naprawy Rzeczypospolitej.
Publicysta "Rzeczpospolitej" powiada, że dzisiaj nie ma Marszałka w Sulejówku, nie ma męża opatrznościowego, do którego moglibyśmy się udać, potrzeba innego sposobu. I taki sposób jest:
jest nim inny klucz wyborczy, inny system wyłaniania elity władzy. Albowiem kłótnie i swary w parlamencie, niestabilność rządów, przetargi i korupcja nie są jakąś specjalną przywarą Polaków, którzy nie umieją się porozumieć, dogadać, podjąć wspólnego wysiłku. Jest to następstwo złego, korupcjogennego i swarogennego systemu wyborczego. Popatrzmy na kraje, które nam Polakom, tak często stawia się za wzór i każe brać z nich przykład: na Belgię, w której dziś bije serce Unii Europejskiej, na Holandię, na Włochy przed reformą prawa wyborczego, na Austrię, na Finlandię.
W pracy politologa brytyjskiego M. Pinto-Duschinsky’ego ("Jak się pozbyć złego rządu", Times Literary Supplement z 25 września 1998 roku), podane są następujące dane: w Belgii, po wyborach roku 1979 nie można było utworzyć rządu przez 106 dni, ponad 3 miesiące. Po wyborach roku 1991 przez 103 dni, w 1988 roku przez 148 dni, a więc przez prawie 5 miesięcy. W Holandii podobnie: w roku 1973 formowanie rządu trwało 163 dni, a więc ponad 5 miesięcy, w roku 1977 aż 208 dni, czyli już prawie 7 miesięcy, w 1981 roku przez 108 dni. Jeśli dodamy wszystkie okresy kłótni i walk parlamentarnych o utworzenie rządu, wtedy zobaczymy, że w poprzednim półwieczu, od zakończenia wojny w 1945 roku do wyborów roku 1994 Holandia była pozbawiona rządu przez 1253 dni, a więc przez prawie 4 lata! W tym samym okresie czasu targi o utworzenie rządu w Finlandii zajęły 1182 dni, w Belgii 1241, w Austrii 814 dni, a więc prawie 3 lata, a we Włoszech aż 1374 dni.
Dlatego między bajki należy włożyć opinię, że Polacy są tacy kłótliwi i niezgodni, bo na tym tle, nawet w III Rzeczypospolitej, nie wypadamy wcale najgorzej. Ale tu, we Wrocławiu, dopiero parę dni temu, a więc przeszło trzy miesiące od wyborów październikowych, zakończyły się kłótnie o to, kto ma rządzić w Sejmiku Dolnośląskim, tylko dlatego zresztą, że gdyby nadal radni nie porozumieli się ze sobą, groził im zarząd komisaryczny i wszyscy poszliby na zieloną trawkę. Wobec takiego
dictum acerbum zgodzili się na byle co, i taki byle jaki zarząd województwa dzisiaj mamy, nie wiadomo na jak długo.
Wszystko to są skutki chorego, niedobrego systemu wyborczego, który prowadzi do absurdalnych sytuacji. Tam gdzie obowiązuje zasada jednomandatowych okręgów wyborczych, o niczym takim nikt nie słyszał. W Wielkiej Brytanii, Kanadzie rząd powstaje na drugi dzień po wyborach, w gruncie rzeczy obywatele wiedzą, kto będzie rządził, gdy tylko zakończone zostanie podliczanie głosów. Dlaczego tak się dzieje, na czym to polega, to temat na inną rozmowę, dzisiaj niech nam wystarczy świadomość, że tak po prostu jest i że przyczyna tego stanu rzeczy nie tkwi w wadach Polaków czy Belgów, w przeciwieństwie do zalet Anglików, tylko w rozumnym systemie wyborczym.
Tam gdzie są jednomandatowe okręgi wyborcze, nie słyszymy o kupowaniu ustaw za dolary, o aferach jak ta, którą teraz nas się raczy do obrzydzenia, tzw. Rywingate. Codziennie oglądamy w telewizorach farsę obłudy i zakłamania wykonywaną przez posłów, prokuratorów, członków rządu z udziałem samego premiera, nie mówiąc już o Adamie Michniku, który nas przeprasza, że popełnił błąd. Wiemy już na pewno, bo oni sami o tym zapewniają, że to się niczym nie skończy, a "towarzystwo" pozostanie "towarzystwem". Tak jak niczym nie skończyło się to, co rok temu zaczął Andrzej Lepper, kiedy z trybuny sejmowej oskarżył wybitnych ministrów i posłów o korupcję. Kiedy Lepper oskarżał - wszystkim dech zaparło i cisza była na sali sejmowej, jak makiem zasiał. Dopiero kiedy oprzytomnieli, zaczęli wykrzykiwać: "kanalia, łajdak, kłamca". Natychmiast wezwali na pomoc prokuratorów, którzy mieli doprowadzić nie do wyjaśnienia, czy brali łapówki, za co i ile, tylko posadzić Leppera do więzienia za oszczerstwa rzucane pod adresem najdostojniejszych posłów. I co? I nic! Sprawie ukręcono łeb, a panowie posłowie dalej żyją towarzyskim życiem w "towarzystwie".
Tak nie bywa tam, gdzie obowiązują jednomandatowe okręgi wyborcze, z których wynika jasna, osobista odpowiedzialność. Jakiś dziennikarz porównał aferę Rywina – Michnika, „Rywingate”, do afery „Watergate”. Ponieważ upłynęło już 30 lat od tamtych wydarzeń, przypomnijmy, dla porównania, podstawowe fakty.
17 czerwca 1972 r. do siedziby Partii Demokratycznej w hotelu "Watergate" w Waszyngtonie włamali się pracownicy CIA i założyli podsłuchy. Sprawę wykryli dziennikarze "Washington Post" Bob Woodword i Carl Bernstein. Richard Nixon, podobnie jak Kwaśniewski i Miller, zaprzeczył, żeby miał cokolwiek z tym wspólnego. Woodword i Bersnstein przeprowadzili dziennikarskie śledztwo, ale nie takie jak Michnik, który po pół roku odkrył tylko magnetofon, jaki cały czas miał w kieszeni i do dzisiaj nie wie, czy jego kumpel Lew Rywin jest wariatem, nieszkodliwym mitomanem czy może pochodzi z jakiegoś "towarzystwa"? Pomimo tego, że Richard Nixon jesienią tamtego roku wygrał wybory prezydenckie, specjalna komisja senacka przeprowadziła dochodzenie i publiczne przesłuchania. W efekcie oskarżonych i osądzonych zostało 40 najwyższych urzędników Białego Domu, najbliżsi doradcy i współpracownicy prezydenta: John Mitchell, Gordon Liddy, James McCord, John Erlichman, Bob Haldeman, Richard Kleindienst - prokurator generalny, John Dean i inni. Wszyscy stracili posady, wieku poszło do więzienia, niektórzy z wysokimi wyrokami. Richard Nixon musiał złożyć rezygnację z urzędu, a do więzienia nie poszedł tylko dlatego, że jego następca, prezydent Gerald Ford, skorzystał w stosunku do niego z prawa łaski.
Mam nadzieję, że to porównanie jest wystarczająco wymowne. Nie mamy dziś Marszałka Piłsudskiego w Sulejówku, ale mamy prawo i możemy sięgnąć po oręż jednomandatowych okręgów wyborczych. Trzeba to zrobić, póki jeszcze mamy co ratować.
Historię swoją piszmy sami, bo inaczej zrobią to za nas inni i będzie źle.
Jerzy Przystawa(komentarz wygłoszony w Katolickim Radio Rodzina, 6 lutego 2003)
Prof. Jerzy Przystawa był w kadencji 1994 - 1998 radnym rady miejskiej Wrocławia, startował w wyborach do Senatu Rzeczypospolitej Polskiej przeprowadzonych w dniu 21 września 1997 r.
Witryna Jednomandatowych Okręgów Wyborczych